Co nas napędza.

Ostatnio ktoś mi powiedział, że nie rozumie w jaki sposób źródła energii mogą być tanie i drogie jednocześnie. Spróbujmy to zatem lepiej wyjaśnić. Otóż najprościej rzecz ujmując w warunkach dzisiejszych rynków, które nie są wolne, a na których ceny (z różnych powodów) nie dostarczają użytecznych informacji o dostępności towarów, następuje rozlanie się „schizofrenii cenowej” na coraz szerszy zakres towarów. Problem ma swoje źródła w prostym mechanizmie: Obecnie ceny nie mogą być równocześnie dostatecznie wysoko by producenci surowców energetycznych mogli zwiększyć wydobycie, oraz dostatecznie nisko by konsumenci mogli sobie pozwolić na kupno tego wszystkiego do czego są przyzwyczajeni lub do czego aspirują. Producenci więc będą dążyć do zwiększania cen, ale poszczególne rządy będą chciały utrzymać te ceny jak najniżej. Taka sytuacja wydaje się normalna, producent chce sprzedawać drogo, a konsument chce kupować tanio, ale w tym przypadku konsument gra znaczonymi kartami i to nie może trwać w nieskończoność. Może natomiast trwać jakiś czas i być przyczyną dziwnych zjawisk, zamieszania, konfliktów i ostatecznego zaniku jakiejkolwiek funkcji informacyjnej cen na rynkach światowych. Podobną sytuację, możemy zaobserwować w Polsce, gdy NBP próbuje podwyższać stopy procentowe by ograniczyć inflację, a rząd w tym samym czasie rozdaje pieniądze jako „tarcze antyinflacyjne”. Przez krótki czas możemy mieć ciastko i jeść ciastko, jak krótki? To zależy od wielkości ciastka. Niestety ciastko jest coraz mniejsze. Również w skali globalnej. Dlatego właśnie twierdzę, że ceny energii są dzisiaj jednocześnie zbyt wysokie dla konsumentów oraz zbyt niskie dla producentów. Nie chodzi tutaj o to kto więcej zarobi. Chodzi tutaj o żywotne kwestie dla obu stron tego równania. W przypadku wykałaczek, butelek czy smartfonów, moglibyśmy spodziewać się klasycznego procesu dostosowawczego. Dzięki równoważeniu się popytu i podaży sytuacja wróciłaby szybko do normy. Jednak w przypadku energii i produktów energochłonnych nie da się tego przeprowadzić z powodów opisanych w poprzednich moich postach. W skrócie: energia jest listowana na giełdach jako jeszcze jeden towar, podczas gdy tak naprawdę jest super towarem, zabezpieczeniem wszelkiej aktywności i obietnicą spłaty długu jakim jest dzisiejszy pieniądz. Podaż energii nie może być więc skutecznie regulowana za pomocą cen, wyrażonych w pieniądzu regulowanym przez polityków, dla których zwiększanie cen energii jest równoznaczne z przegraną w kolejnych wyborach.

Odbiegłem od tematu, więc wróćmy po tych krótkich wyjaśnieniach do początku. Właściwie to dlaczego ceny nie mogą być równocześnie dostatecznie wysoko dla producentów i dostatecznie niskie dla konsumentów, skoro do tej pory były i wszystko się kręciło? Ponieważ łatwe do wydobycia surowce energetyczne się kończą, a gospodarka światowa, specjalizacja, globalizacja i populacja mogły rosnąć tylko dzięki rosnącej podaży energii i iluzji wzrostu dzięki postępowi technologicznemu. Postęp technologiczny był również napędzany energią i wyjaśniłem to w poprzednich postach. Bardzo ważne zastrzeżenie: to że łatwe do wydobycia surowce się kończą, nie oznacza, że jutro braknie benzyny na twojej stacji. Tak naprawdę proces jest powolny i podlega wielu nakładającym się na siebie fluktuacjom technologicznym, ekonomicznym, geopolitycznym. Przy dobrym układzie tych czynników, możemy mieć jeszcze ropę naftową dużo taniej, ale na raczej nie na długo. Możemy mieć też ropę dużo taniej na długo, ale nie za dużo (reglamentacja i inne sposoby odgórnego ograniczania zużycia, które są coraz śmielej zapowiadane i wdrażane pod różnymi pretekstami). Niestety wzrost efektywności, tak jak ją dzisiaj rozumiemy, nie rozwiąże problemu, ponieważ do tej pory efektywność miała na celu oszczędzać czas i energię ludzką, a niekoniecznie energię jako taką. Globalnie zużycie energii cały czas wzrasta. Roboty potrzebują prądu, pracownicy potrzebują wakacji.

Presja inflacyjna prędzej czy później będzie na tyle silna, że klasy polityczne będą zmuszone podnieść stopy procentowe ponad inflację (zamiast pozorować walkę z nią, pozostawiając stopy realnie negatywne). Jeśli już możemy czuć niepokoje po podwyżkach stóp, zobaczymy co będzie potem. Modele banków centralnych zakładają spadek inflacji, ponieważ modele opierają się na historii, a historycznie nie było problemu braku energii. Tutaj kłania się klasyczny czarny łabędź. Poleganie na lewej stronie wykresu jest skuteczne tylko do czasu pojawienia się nowych okoliczności. Te okoliczności są nie do przyjęcia przed faktem, a oczywiste po fakcie. Dzisiaj dla większości elity nie do przyjęcia jest fakt, że paradygmat wzrostu PKB właśnie się kończy. Innego świata, jak ten ze wzrostem PKB, nie znamy, nie wyobrażamy sobie, nie chcemy go, ale go dostaniemy. W zasadzie już mamy jego próbkę spowodowaną covidem. Lock-down został zasypany górą pieniędzy, która wzbudziła falę inflacji. Tą falę w normalnych warunkach prawdopodobnie dałoby się wygasić zgodnie z modelami banków centralnych. Tym razem jednak może się nie udać. Jeśli tylko na chwilę możesz pozbyć się jakichkolwiek wartościujących sądów na temat polityki rządów, a skupić się na meritum, to proszę wyobraź sobie jakie skutki miały zamknięcia covidowe:
– nowe formy pracy, nie wymagające podróżowania

– ograniczenia wyjazdów wakacyjnych

– ograniczenia niekoniecznej aktywności – imprezy, wystawy, koncerty itp.

– ograniczenia dostępu do opieki zdrowotnej

Te wszystkie skutki mają jedną cechę wspólną – ograniczenie popytu na energię. Jeśli sobie przypomnimy co działo się na początku roku 2020, to zobaczymy, że rynki zareagowały zupełnie racjonalnie, założyły że przy takim spadku popytu, energia będzie bardzo tania. Przez pewien czasu ropa naftowa była nawet w kuriozalnej sytuacji cen negatywnych. Jednak szybko okazało się, że spekulacja spekulacją, a diesel sam się nie zatankuje. Ceny szybko odbiły, znacznie szybciej niż PKB. Zupełnie nie interesuje mnie czym jest covid, oraz jaki dokładnie mechanizm doprowadził do takiej a nie innej reakcji większości rządów. Patrząc na fakty widać, że modele oficjalnych instytucji nie działają. Wygaszony popyt nie spowodował długotrwałego spadku cen. Tak samo niemrawe zmiany stóp procentowych (pozostających poniżej inflacji), nie doprowadzą do wygaszenia inflacji. Presja drugiej strony równania – czyli kurczącej się gospodarki – jest silniejsza.

Czy to wszystko powyżej jest czarną wizją, teorią spiskową, próbą zastraszenia? Pierwszą interpretację poglądów Gail Tverberg przedstawiłem w grudniu 2021r. W zasadzie nie ma od tej pory żadnych znaków, jakoby sytuacja miałaby być inna niż ta opisana. Co musiałoby się zdarzyć bym porzucił zainteresowanie tą teorią? Musiałbym zobaczyć jedno z dwóch zjawisk (a najlepiej oba jednocześnie):

– duże inwestycje w nowe złoża ropy naftowej, które miałyby potencjał do zastąpienia dotychczasowych dużych złóż, które są już po szczycie wydobycia, i które wykazują zadowalające EROI (jest to średni stosunek energii wydobytej do energii wydatkowanej w celu jej wydobycia). Problem w tym że chociaż na świecie raportuje się ilości udokumentowanych rezerw ropy naftowej, wystarczającej na niespełna 50 lat, przy tempie dzisiejszego zużycia, to są z tym dwa podstawowe problemy: Po pierwsze nie wiadomo jak utrzymać zużycie na dzisiejszym poziomie, skoro populacja światowa wciąż rośnie. Po drugie EROI tych zasobów sukcesywnie maleje. Naturalnym jest, że najpierw eksploatuje się złoża o wysokim EROI, ponieważ jest to najbardziej opłacalne. Gdy pole naftowe osiągnie swój szczyt wydobycia, jego EROI zaczyna spadać. Firmy wydobywcze wtedy są zmuszone otwierać eksploatacje pól o mniejszym EROI początkowym. To wszystko sprawia, że średnie EROI sukcesywnie maleje.

rys1: źródło https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0301421513003856

Malejące EROI oznacza, że owszem, może pod ziemią znajduje się ropa naftowa wystarczająca na kolejne pięćdziesiąt lat. Niestety coraz trudniej jest ją wydobyć, i przetransportować (ponieważ znajduje się w coraz mniej dostępnych miejscach), co powoduje duże straty… ropy naftowej. W efekcie część tych zasobów będzie zużyta na wydobycie kolejnych, co zmniejsza pule dostępną dla gospodarek.

– przełomowe odkrycia w dziedzinie nowych źródeł energii lub jej magazynowania. Jak wiemy tzw. odnawialne źródła energii nie wystarczą by zastąpić paliwa kopalne. Co więcej, nie wszędzie znajdują zastosowanie. Tylko jakieś przełomowe odkrycie, na miarę działającej i efektywnej fuzji jądrowej mogłoby odwrócić kartę. Wygląda jednak na to, że wszystkie łatwe do odkrycia rzeczy już są odkryte. Powolne i kosztowne postępy w fuzji jądrowej pokazują jakim olbrzymim wysiłkiem i nakładami osiąga się stosunkowo drobne kroki w kierunku wykorzystania tej technologii, o której wciąż nie da się jednoznacznie powiedzieć, że kiedykolwiek uda nam się ją opanować. Oczywiście nie możemy wykluczyć, że jakiś przełom w tej lub innej dziedzinie nastąpi i oczywiście wszyscy byśmy się bardzo ucieszyli z takiego obrotu rzeczy. Jednak na dzisiaj nie możemy opierać prognoz, ani polityki energetycznej na nadziei i wierze, że zawsze jakoś się udawało, to i teraz się uda. Jak opisywałem w poprzednich postach, tak naprawdę nie mamy w przeszłości zbyt wiele jakościowych skoków w dziedzinie znaczących źródeł energii napędzających rozwój ludzkości. Były to człowiek-zwierzę-drewno-paliwa kopalne. Z czego dwa pierwsze w zasadzie to spalanie energii przyjętej w żywności, a reszta opiera się na wykorzystaniu ciepła powstałego w procesie utleniania różnych materiałów. Energia atomowa mogłaby być kolejnym źródłem, ale nie jest na dzisiaj w stanie przejąć ciężaru zaopatrzenia w energię całej ludzkości. Może jedynie być większym lub mniejszym składnikiem miksu energetycznego. Pamiętajmy również o tym, że jest to energia oparta na paliwie kopalnym, którego zasoby też są ograniczone.

Tak więc opowieść o polityce jest opowieścią o pieniądzu. Opowieść o pieniądzu jest opowieścią o pracy, czyli energii. Niestety wielu polityków wciąż patrzy tylko na pieniądz, jakby to jego brak, lub nieodpowiedni przepływ był źródłem problemów i kluczem do ich rozwiązania.