admin

Jeden z czarnych scenariuszy.

Jeśli rządy wyślą stopy do stratosfery w celu zwalczania inflacji, zwiększy to koszt i dostępność pieniądza, co za tym idzie zmniejszy popyt na dobra.
Producenci dóbr zniechęceni mniejszymi ich cenami, ale wcale nie malejącymi cenami energii i surowców będą zmuszeni zmniejszać produkcję. Stary sposób na zysk, czyli skalowanie, nie będzie już działał, ponieważ będzie jedynie skalował straty. Oznacza to, że ceny towarów nie przestaną rosnąć, ale zmniejszy się podaż. Jest to scenariusz stagflacji.

Do tego dochodzi nieunikniona fala bankructw spowodowana nietrafionymi inwestycjami poczynionymi w trakcie ostatnich trzydziestu lat w trakcie nieustannie malejących stóp procentowych.

To co uniemożliwia regulowanie wzrostu gospodarczego za pomocą zmian w stopach procentowych, to fakt, że wszystkie połączone alternatywne źródła energii nie nadążają zastępować luki spowodowanej post-peak-oil. Luka ta, nawet jeśli ilościowo nie wygląda na gwałtownie rosnącą, to musimy pamiętać, że wszystko co jest do wydobycia po prawej stronie od peak-oil jest coraz trudniej dostępne i ma coraz mniejszy EROI.

Inflacja to oczywiście z monetarystycznego punktu widzenia wzrost podaży pieniądza, ale nawet przy malejącej podaży pieniądza inflacja jest możliwa, jeśli druga strona równania, jaką jest kurcząca się gospodarka, jest silniejsza.

Przy takich zaburzeniach gospodarczych, nominalne poziomy wycen jakichkolwiek aktywów przestają mieć wartość porównawczą. Cena ropy wyrażona w dolarach ma jakikolwiek sens tylko jeśli znamy odniesienie, czyli cenę dolara oraz dóbr jakie możemy za niego nabyć. Schizofrenia cenowa może objawić się w ten sposób, że ropa naftowa będzie coraz droższa, podczas gdy cena wyrażona w dolarach będzie na niezmienionym poziomie.

Rządy sterujące walutami na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat robiły to co lubią najbardziej – kupowały głosy wyborców za ich własne pieniądze. Załóżmy jednak naiwnie, że jedynym celem rządu jest stabilny wzrost, tak jak to deklaruje.

W sytuacji kiedy energii do rozproszenia było coraz więcej, rządy miały ułatwione zadanie. Więcej energii oznaczało więcej towarów i usług dostępnych na rynku. Wystarczało zwiększać bazę monetarną, a kierunki w których płynęła gotówka były tymi kierunkami do których płynęła dodatkowa energia. Dzięki temu rządy nie musiały kontrolować przepływu surowców, logistyki itp., wystarczyło, że kontrolowały dodruk i strumienie nowej gotówki. Tak długo jak producenci tej energii akceptowali ich pieniądze, tak długo rządy miały całkowitą kontrolę nad gospodarką. Oczywiście teoretycznie można było utrzymywać bazę monetarną na stałym poziomie i pozwolić rynkom ustalać kierunki przepływu nowej energii, ale kto by się wyrzekł tak atrakcyjnego kąska, jakim była kontrola nad dodatkowymi zasobami. Można było te zasoby kierować tam gdzie wskazywały na to bieżące polityczne potrzeby. Dochodził do tego jeszcze jeden aspekt. Słusznie lub nie, uważa się, że zwiększanie bazy monetarnej i niska, pozostająca pod kontrolą inflacja, są pro rozwojowe. Jeśli PKB rośnie, to podaż pieniądza powinna mu towarzyszyć oraz zawsze mieć mały naddatek, po to by „stymulować” jeszcze szybszy wzrost. Mam z tym podejściem problem. Mianowicie uważam, że owszem, może to stymuluje wzrost, ale często jest to wzrost nieefektywny. Wzrost w takiej sytuacji występuje tam, gdzie rząd skieruje te inflacyjne nadmiary pieniądza, a nie tam, gdzie są potrzeby ludzkie. Nietrafione inwestycje prędzej czy później muszą upaść, chyba że są permanentnie dotowane przez państwo. Dopóki państwo ma możliwość dotowania tych przedsięwzięć, wszystko wygląda w porządku. Przez ostatnie trzydzieści lat, z powodu coraz niższych stóp procentowych, coraz większa część gospodarki wyglądała jakby była dotowana, pośrednio lub bezpośrednio. W czasie kryzysu 2008r. państwa wprost zadrukowały go, ponieważ wciąż mogły sobie na to pozwolić. Gospodarki były wciąż tak mocno nasycone energią, że wpompowane pieniądze przekierowały tą energię w gwizdek „zbyt dużych by upaść” przedsiębiorstw (głównie finansowych), kierując ją dalej w nienaturalnie nadęty rynek nieruchomości. W rezultacie cały rynek nieruchomości działał na olbrzymim kredycie, generując absurdalne inwestycje. Absurdalne energetycznie, przestrzennie, demograficznie itp. Ten wielki balon pożerał coraz większe zasoby, wysysając je z innych gałęzi gospodarek, jednocześnie rządy dwoiły się i troiły by to ukryć za pomocą coraz niższych stóp procentowych i zasypywania kolejnych pożarów papierem. Gaszenie pożaru papierem ma to do siebie, że ogień na chwilę można przydusić, ale on tli się pod spodem i jeśli tylko dostanie trochę tlenu, wybuchnie ze zdwojoną siłą. Sytuacja w której każda dwu lub trzyosobowa rodzina posiada duży dom, w którym każdy ma swoją sypialnie, a do tego kilka wspólnych pomieszczeń i wszystkie są ogrzewane, rekuperowane, klimatyzowane, itp. jest nie do utrzymania. Naszej planety po prostu na to nie stać. Jednak fikcja ta była utrzymywana ponieważ była „zbyt duża by upaść”. Fikcja ta mogła być utrzymywana tak długo jak długo można było udawać że mamy zasoby energetyczne do jej realizacji. W chwili gdy zabrakło (a zabrakło) dodatkowych zasobów, które można było co roku dopompowywać do tego balonu, wszystko zaczęło się sypać. Mamy do czynienia z olbrzymim przeinwestowaniem na skalę globalną. Z cyklem koniunkturalnym, któremu nie pozwolono się oczyścić w obawie przed przegraną w kolejnych wyborach. Z wielkim kłamstwem, że PKB może rosnąć w nieskończoność na planecie, której zasoby są skończone. Teraz stojąc nad przepaścią można było pozwolić na wielką korektę, dzięki której chociaż te resztki zasobów mogłyby być wykorzystane w racjonalny sposób. Zamiast tego ciągle utrzymuje się te wszystkie nierealne kłamstwa, pozwalając by wydać resztki na ich beznadziejną reanimację.

Źródłem tych wszystkich problemów są oczywiście rządy mające kontrolę nad pieniądzem. Z początku ta kontrola była „konstytucyjnie ograniczona”. Banki centralne były „niezależne”. Stopniowo jednak stawało się to, co musiało się stać, dzisiaj już nikt nie wierzy w żadną niezależność banków centralnych, a stanowisko szefa banku centralnego to kolejny polityczny urząd. Pieniądz jest długiem mającym pokrycie w energii, którą można było kupić na bliskim wschodzie, w Wenezueli lub w Rosji. Wydobywający tą energię chętnie szli na tą wymianę, ponieważ w zamian kupowali jachty, odrzutowce, budowali imponujące miasta na pustyni. Dodatkowo dolar amerykański był pierwszy w kolejce do kupowania energii, przez co jeśli chciałeś mieć energię musiałeś kupić dolara. Za dolarem stała amerykańska flota gwarantująca bezpieczeństwo i pilnująca kolejki do szybów naftowych. Dzięki temu był jakiś porządek i wszystko mogło się kręcić. Anglosaski system rynkowy był bardzo efektywny w marnowaniu zasobów, rozmywaniu odpowiedzialności i kreowaniu amerykańskiego snu o egalitaryzmie gospodarczym. Pieniądz fiducjarny jest pieniądzem opartym na długu, czyli na obietnicy pokrycia go dobrami wyprodukowanymi przy pomocy energii i surowców. Rząd drukuje pieniądze, a my je respektujemy, ponieważ regulujemy za ich pomocą podatki, należności, tankujemy za nie samochody, kupujemy jedzenie i ogrzewamy za nie swoje domy. Kiedy jednak pieniądzowi zabraknie pokrycia, to pieniądz upada. Na początku stopniowo traci wartość, ponieważ ludzie stopniowo zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że mogą kupić coraz mniej. Utracie wartości można zapobiec, ściągając nadmiar pieniądza z rynku. Inaczej mówiąc nadmiar długu w stosunku do siły wytwórczej jaką dysponuje gospodarka. Oznacza to jednak, że przyznajemy się do tego, że wydrukowaliśmy pieniądza za dużo. O ile za dużo? Czy tylko za dużo w stosunku do wciąż rosnącej bazy energetycznej? Jeśli tak, to wystarczy trochę podnieść stopy i wszystko powinno wrócić do normy. Jednak jeśli nie zacznie wracać do normy, to trzeba będzie zaciągnąć hamulec ręczny, czyli prześcignąć naturalne procesy i drastycznie podnieść stopy procentowe oraz zacieśnić politykę fiskalną w tym samym czasie, a to już będzie przyznanie, że mamy problem w postaci kurczącej się gospodarki. Kiedy klapki z oczu opadną, ostatecznie dotrze do mas, że PKB nie może rosnąć wiecznie, a na pewno nie opierając się na metrażu domów, szlag trafi całą wiarę w pieniądz oparty na obietnicy wiecznego wzrostu, a dzisiaj będący w szantażu moralnym rynku nieruchomości, transportu, dóbr konsumpcyj

Pokłóćmy się, do jasnej cholery!

Publiczność, niczym pieniądze, są dla mnie pozornymi wyznacznikami sukcesu. Oczywiście subiektywnie odrzucam potoczne rozumienie sukcesu jako braku rozumienia. Gdyby rozumienie było tożsame z potocznym rozumieniem sukcesu, wszyscy mądrzy ludzie mieliby największe publiczności i umarli opływając w luksusy. Jednak nie widzę by geniusze tacy jak Nietzsche czy Einstein gromadzili wokół swoich idei tłumy, przynajmniej biorąc pod uwagę skalę świata. Raczej twierdzę że są zbyt mądrzy, by być zrozumianymi i docenionymi przez szeroką publiczność. Ja Nietzschego rozumiem ledwie co, a i tak wiele z tego co zrozumiałem, udało mi się przyswoić tylko dzięki temu, że dotarłem do kogoś kto potrafił to jaśniej wyłożyć i zinterpretować. Jeśli chodzi o Einsteina to mam mgliste pojęcie o ogólnych założeniach, a to tylko i wyłącznie dzięki uproszczeniom i wyjaśnieniom innych ludzi. Tych dwóch tytanów intelektu wybrałem arbitralnie i bez szczególnego powodu. Dumny jestem jedynie z tego że potrafię czasami zauważyć swoje ograniczenia umysłowe i wynikającą z nich ignorancję. Sądząc po rozmiarach publiczności gromadzących się wokół niektórych ludzi, idei, mód, sądzę, że właśnie brak wątpliwości i przekaz o minimalnym horyzoncie, a maksymalnym uproszczeniu znaczeniowym, zdobywają największe uznanie. Nihil novi sub sole, chciałoby się powiedzieć, ten kto krzyczy najgłośniej i jest najbardziej pewny tego, że wie jak należy żyć, przyciąga największą publikę i poklask. Jeśli jeszcze w dodatku wstrzeli się w jakąś obowiązującą modę, najlepiej którąś z tych co graniczą z religią, to sukces jest gwarantowany. Oczywiście sukces mierzony ilością nóg na pokładzie.
Dlatego za największy zaszczyt i powód do samo-nobilitacji uznaję możliwość porozumienia się i porozmawiania z kimś przejawiającym wątpliwości. Wątpienie i ostrożne stawianie tez jest dla mnie wyrazem dojrzałości i pokory wobec tego chwilami pięknego świata.
Dlatego nigdy nie piszę dla publiczności, a jedynie z nadzieją, że znajdzie się ktoś gotowy do podjęcia rozmowy.

Czas to nie pieniądz

Stwierdzenie że czas to pieniądz miało podkreślić wagę czasu. W rzeczywistości czas jest o wiele więcej wart niż pieniądz, a poza tym jest zupełnie innym aktywem. Czas od pieniędzy różni jedna bardzo ważna cecha. Pieniędzy możesz mieć coraz więcej, czasu zawsze masz coraz mniej. Niektórzy mogą mieć więcej pieniędzy od innych, ale doba zawsze trwa 24h. Oczywiście możesz wykorzystywać czas produktywnie i jeśli będziesz mieć więcej pieniędzy możesz sobie „kupić czas”, czyli wynająć kogoś do wykonania czasochłonnych zadań, zwalniając tym samym czas dla siebie. Jednak w tym myśleniu tkwi bardzo niebezpieczna pułapka. Jeśli uznasz że warto być coraz bardziej produktywnym po to by kupować czas innych, a nie postawisz sobie żadnego celu, ani limitu, każdą zaoszczędzoną produktywnością chwilę będziesz próbował być jeszcze bardziej produktywny by zarobić coraz więcej i więcej (będąc coraz bardziej i bardziej produktywnym). To jest znany i dobrze przetarty szlak prosto do kardiologa.
Jeśli produktywność jest wszystkim czego pragniesz i jest to twój konik, pasja i jesteś gotów za nią poświęcić swoje życie – gratulacje. Gratuluję ci ponieważ tak się złożyło że to co jest twoją pasją, jest jednocześnie najlepiej nagradzane na rynku w kapitalizmie. Nie ma w tym nic złego i tak właśnie powinno być. Problem jest tylko w tym że większość z nas gra w tą grę nieświadomie, bez zadania sobie pytania dlaczego to robimy. Czy naprawdę nieustanne polepszanie mojej produktywności jest moim celem nadrzędnym w życiu? Tego wymaga od nas nasza kultura, szefowie, reklamy, itp., Jeśli w tę grę grają ludzie, którzy tak naprawdę ani jej specjalnie nie lubią, ani nie są w niej specjalnie za dobrzy, to ci ludzie stają się nieszczęśliwi. Nieszczęśliwy człowiek to taki który dąży do nie swoich celów, a jeśli w dodatku cel ten jest z definicji nieosiągalny (ponieważ celem jest bycie coraz bogatszym), to mamy przepis na niekończące się pasmo nieszczęść. Dlatego o ile pieniądz jest zaoszczędzonym czasem, to nie zawsze da się go odkupić i nie zawsze dla tej samej osoby. Innymi słowy istnieją ograniczenia w wymianie czasu na pieniądz, a powiedzenie czas to pieniądz, lub też traktowanie tych dwóch aktywów jako równoznacznych nie uwzględnia tych ograniczeń i prowadzi często do nieszczęść.


Po co nam czas i po co nam pieniądz
Proponuję zamianę paradygmatu „czas to pieniądz”, ale jednocześnie nie mam zamiaru potępiać nikogo kto zdecyduje się go nadal podtrzymywać. Moim zdaniem nasze życie to nie tylko czas, ale przede wszystkim priorytety. By to przekazać dosadniej zadam pytanie ekstremalne: Czy zgodziłabyś się by sprzedać cały majątek i pozostawić całą swoją rodzinę bez grosza, gdyby trzeba było sfinansować drogą operację ratującą ci życie? Zwykle ludzie tego nie robią, zwykle przeznaczają na ten cel tyle ile mogą, bez pozbawiania swoich bliskich dachu nad głową, a jeśli to nie wystarcza to szukają pomocy gdzieś indziej. Chociaż więc każdy odruchowo zgodzi się, że przedłużenie życia jest ważniejsze od pieniędzy, to okazuje się, że marginalna wartość pieniądza może być większa niż czasu. Oczywiście dzieje się tak gdy ta wartość zaczyna zbyt mocno oddziaływać na życie bliskich nam osób. Widać jest coś, co rządzi i czasem i pieniądzem, a czego wartość czasami przewyższa oba. W takich dramatycznych chwilach widzimy jaśniej co się naprawdę dla nas liczy, jednak na co dzień nie zadajemy sobie tego pytania i łatwo nam zboczyć, dać się ponieść i zwieść. Łatwo nieświadomie iść na kompromisy z własnymi wartościami, gdy te kompromisy są stosunkowo tanie i pozornie mało istotne, a wartości chwilowo nie są w zasięgu wzroku. Niestety suma tych tanich i małych kompromisów często staje się bardzo droga, a mało istotne staje się wszystkim co robimy, i na czym nam zależy. Dlatego właśnie warto i trzeba często przypominać sobie swoją osobistą, indywidualną i świadomą odpowiedź na pytanie: Co jest dla mnie najważniejsze? Jak ja definiuję i układam priorytety w moim życiu? Dopiero będąc świadomym jaka jest szczera odpowiedź na to pytanie, można zacząć układać swój czas, który to proces powinien być nie tyle „zarządzaniem czasem”, co zarządzaniem priorytetami w czasie.


Co to znaczy zarządzać priorytetami w czasie?
Wygląda na to, że nawet gdy jesteśmy na 100% pewni co jest najważniejsze w naszym życiu i że jesteśmy w stanie oddać je dla tej jednej rzeczy, jeśli pojawi się taka potrzeba, to i tak trzeba wynieść śmieci. Jeśli nie wyniesiesz śmieci, twoja wielka idea może zostać przysłonięta przez smród rozkładających się resztek jedzenia. To jest oczywiście tylko przykład mający pokazać, dlaczego priorytetami trzeba zarządzać w czasie. Jak to zrobić? Na pewno nie wystarczy ułożyć sobie wszystkich swoich spraw od najważniejszych do najmniej ważnych, aczkolwiek nie możemy tego kroku pominąć. Jeśli na tym poprzestaniemy, te mniej ważne mogą się stać ważniejsze by potem przysłonić nam te naprawdę ważne. Celem zarządzania priorytetami w czasie jest więc takie ułożenie naszych spraw, które pozwoli nam być skupionymi na najważniejszych rzeczach, utrzymując wszystkie inne pod kontrolą, nie pozwalając im urosnąć do zbyt dużych rozmiarów. Metoda jaką zaimplementujesz jest mało istotna. Najważniejsze jest bowiem by najważniejsze pozostało najważniejsze, ale niemniej ważne jest by mniej ważne pozostawało ważne mniej.

Symulacja teoretyczna

Przez ostatnie kilka lat z pewną dozą niepokoju obserwuję blog niejakiej profesor Gail Tverberg. Kilka lat temu jej tezy były dla mnie niczym spójna, aczkolwiek mało realna katastroficzna wizja. Mało realna ponieważ jestem zbyt przyzwyczajony do myśli, że wszystko jakoś to będzie i ludzka myśl, pomysłowość i innowacja na wszystko znajdą sposób.
Spróbuję przedstawić główne postulaty Gail Tverberg, na tyle na ile ja je rozumiem i potrafię wyjaśnić. Zrobię to na początku w formie nakreślenia scenerii, a potem hipotetycznego rozwoju wydarzeń. Proszę czytelniku o poddanie w wątpliwość i bezsprzeczne obalenie tez zawartych w tej symulacji, tak byśmy mogli spokojnie patrzeć w przyszłość pełni wiary w ludzkość i jej możliwości.
Tverberg nakreśla obraz gospodarki jako pewnego rodzaju wielopoziomową konstrukcję, w której jedne rzeczy narastają na drugich, o ile mają taką możliwość. Weźmy za przykład transport. Idea czterokołowych uniwersalnych pojazdów nie jest wymyślona od podstaw przez konstruktorów samochodów, ale jest nadbudowana na pojazdach konnych. Pierwsze samochody to w zasadzie powozy konne bez koni, ale z silnikami. Wynaleźć powóz konny z silnikiem było o wiele prościej, jak również łatwiej było go zaakceptować szerokiej publiczności. Wraz z rozwojem samochodów powozy znikały z dróg, a wraz z nimi cała infrastruktura. Niepotrzebne stały się zapasy siana, usługi związane z usuwaniem odchodów końskich z ulic miast, kowale świadczący usługi podkuwania koni. Cała sieć powiązanych usług i produktów stawała się zbędna, ich usługi stawały się coraz tańsze, aż w końcu zupełnie niepotrzebne. Oczywiście zamiast infrastruktury około konnej zaczęła powstawać infrastruktura około samochodowa. Kluczowym czynnikiem w tym procesie jest fakt, że mogła ona powstać, co jest dla nas oczywiste tylko z perspektywy czasu. W początkach motoryzacji nie było to takie proste. Nie było infrastruktury stacji benzynowych, warsztatów, przemysłu produkującego opony, płyny eksploatacyjne. Co ważniejsze – nie było też oczywiste że to wszystko uda się zbudować. Proces ten był stopniowy i w miarę znajdywania rozwiązań które dało się skalować, transportować i kombinować ze sobą, sukces samochodów stawał się realny. Dla porównania weźmy samochody elektryczne, które koncepcyjnie nie są wiele młodsze od spalinowych, jednak przez długie dekady pozostawały ciekawostką z powodu trudności zaopatrywania je w efektywne i dające się szybko uzupełniać magazyny energii, takie jakim są paliwa kopalne dla samochodów spalinowych. Ta krótka historia pokazuje w jaki sposób analogicznie możemy myśleć o całej gospodarce. Produkty i usługi są nadbudowywane na czymś co już było i stopniowo przejmują prymat jeśli jest to możliwe. Jeśli się to im nie uda – pozostają ciekawostką. Jeśli im się to uda – zostają z nami co czasu bycia zastąpionymi przez nowsze pomysły, a ich poprzedniki „wypadają” od spodu, spełniwszy swoją rolę „rusztowania” do kolejnych warstw coraz to nowszych rozwiązań. Wraz z zanikaniem zapotrzebowania na zastąpione technologie, znika też cała infrastruktura, fabryki przestawiają produkcję lub się zamykają. Ludzie zmieniają pracę, uczą sie nowych rzeczy, a w dłuższej perspektywie czasu ostatni którzy posiadali wiedzę i umiejętności umierają. W ten sposób tworzy się struktura o wysokim stopniu współzależności i skomplikowania. Te coraz wyżej nadbudowane warstwy gospodarki mają jednak kilka filarów, które cały czas stoją na samym dole, podtrzymując ją na co dzień. Tymi filarami są:

  • Baza konsumentów będących jednocześnie siłą roboczą,
  • Energia
  • Rządy dostarczające usług publicznych, nakładające podatki oraz sprawujące kontrolę nad systemem monetarnym
  • Przedsiębiorstwa
    Te cztery filary na których oparta jest gospodarka światowa są kluczowe dla jej funkcjonowania. Zauważmy że nie jest to konstrukt ani idealny, ani postulowany. Być może dałoby by się rzeczy zorganizować inaczej, ale mamy to co zastaliśmy i temu musimy się przyjrzeć aby zrozumieć jak ten konstrukt działa.
    Płynność gospodarce zapewnia pieniądz. Dzięki niemu możliwa jest „rozmowa” pomiędzy jej podmiotami. Pieniądz ma oczywiście wiele funkcji, ale najważniejsze z nich to: środek tezauryzacji, wymiany oraz informacji o wartości. Dla nas teraz najważniejsza jest funkcja informowania o wartości, ponieważ ta informacja jest kluczowa dla wszystkich podmiotów życia gospodarczego w procesie podejmowania decyzji co robić. Co produkować, co kupować, czego się uczyć, jakiej pracy szukać, gdzie mieszkać, jak i gdzie się przemieszczać itp. itd. Ta wartość to oczywiście cena i istnieją trzy najważniejsze kategorie cen w życiu gospodarczym:
  • ceny produktów i usług
  • ceny pracy (wynagrodzenia)
  • ceny pieniądza (stopy procentowe)

Jak do tej pory trzymamy się w tej opowieści wizji świata nakreślonej przez ekonomię klasyczną, być może rozbudowaną o kilka pomysłów. Jednak dalej robi się bardziej interesująco.
Wraz z rewolucją przemysłową doszedł czynnik który od tamtego czasu nie przestawał wzrastać na znaczeniu. Innowacje rewolucji przemysłowej można podsumować w jednym zdaniu: Maszyny potęgują siłę mięśni. Do tamtej pory ludzie używali siły swoich mięśni we współpracy z mięśniami zwierząt oraz wykorzystując stosunkowo proste maszyny wykorzystujące zasadę dźwigni, siłę grawitacji lub proste mechaniczne wiatraki. Jednak podstawowym źródłem siły były kalorie przyjmowane w pożywieniu oraz spalane przy pracy. Na przełomie XVIII i XIX wieku gospodarka dostała nowe źródło siły: Maszyny. Od tamtej pory siła mięśni mogła zostać zwielokrotniona. Innowacje technologiczne, jakkolwiek kluczowe i niezbędne w tym procesie, nie dostarczały jednak same z siebie dżuli potrzebnych do ich poruszania się. Do tego potrzebna była energia dostarczona z zewnątrz. Energii tej, jak wiemy z historii, dostarczał na początku węgiel drzewny, a potem paliwa kopalne – węgiel i ropa naftowa. Koszt tej energii był niewielki ponieważ surowce ją dostarczające były łatwe do wydobycia, transportu i spalania. Energia w postaci surowców energetycznych stała się nową klasą aktywów, a informacja o jej dostępności jest do dzisiaj wyrażana tak samo jak każdego innego towaru – w cenach za tonę węgla, metr sześcienny gazu lub baryłkę ropy naftowej. Przez to że przyzwyczailiśmy się traktować energię jako, co prawda „strategiczny” ale jednak kolejny, jeden w wielu towarów, wyceniony i listowany na giełdach, nie zauważamy dzisiaj jak bardzo kluczowa jest ona do codziennego funkcjonowania naszej cywilizacji. Praktycznie we wszystkich dziedzinach życia technologie oparte wyłącznie na sile mięśni zostały wyparte, zastąpione i zapomniane. Tak jak to wyjaśniliśmy na początku, są pogrzebane głęboko pod wieloma warstwami następujących po sobie innowacji, których głównym celem było coraz bardziej efektywne wykorzystanie energii paliw kopalnych.
Jak widzimy jedna klasa aktywów zmieniła całą gospodarkę, dostarczając światu dużo korzyści w postaci odciążenia ludzi od ciężkiej żmudnej pracy fizycznej (większość ludzi), podwyższając nasz komfort życia itp. Oprócz tego mogliśmy zaobserwować wiele skutków ubocznych, których znaczenia domyślamy się, ale nie jesteśmy w stanie jednoznacznie stwierdzić czy są dobre czy złe. Takim skutkiem jest wzrost populacji. Politycy dążą do zwiększenia populacji swoich krajów ponieważ tego wymagają systemy emerytalne i spokój społeczny. Z drugiej strony istnieje konsensus, że przeludnienie ziemi niesie ze sobą wiele negatywnych konsekwencji. Istnieją również skutki jednoznacznie negatywne: zanieczyszczenia środowiska, choroby cywilizacyjne, nadmierna koncentracja w ośrodkach miejskich, zmiany klimatyczne.

Z punktu widzenia ekonomii klasycznej, na rynku rządzą prawa popytu i podaży. Te dwa zjawiska determinują ceny towarów. Model zakłada że popyt jest skorelowany z wysokością ceny dodatnio, a podaż ujemnie. To jest podejście, które zgadza się ze zdrowym rozsądkiem oraz zostało wielokrotnie empirycznie potwierdzone przez każdego z nas. Zgodnie z tymi założeniami, energia traktowana jak każdy inny towar podlega takim samym prawom. Kiedy podaż energii jest duża, tak jak to było w XIX i przez większość wieku XX, jej ceny są niskie. Surowce były wtedy tak łatwo dostępne, że nawet stały silny wzrost popytu na nie, nie powodował znacznych zmian cen. Pokłady węgla kamiennego były umieszczone płytko, a ropa naftowa praktycznie sama tryskała z ziemi. Główni dostawcy ropy musieli łączyć się w kartele, takie jak OPEC, ponieważ tylko sztuczne ograniczanie podaży umożliwiało utrzymywanie cen na rozsądnych poziomach. Stopniowo jednak łatwe do wydobycia surowce ulegały wyczerpywaniu i ludzie byli zmuszeni szukać ich w coraz trudniej dostępnych miejscach. Tak naprawdę tutaj kończy się nakreślenie tła całej sytuacji, a zaczyna prawdziwa historia przełomu wieków XX i XXI. Tutaj też następuje zderzenie się z rzeczywistością kilku błędnych założeń, które w warunkach szeroko płynącego strumienia węgla, gazu i ropy nie były zauważane, a teraz potencjalnie mogą mieć katastrofalne skutki. Tymi błędami były:
1) Oparcie całych systemów gospodarczych i politycznych na idei nieustannego wzrostu (mierzenie sukcesów gospodarek procentem wzrostu PKB),
2) Przejęcie przez banki centralne, a w rzeczywistości przez klasy polityczne kontroli nad stopami procentowymi (cena pieniądza),
3) Traktowanie surowców energetycznych jako kolejnego towaru, rządzącego się tymi samymi prawami co inne towary.

ad 1) Żyjemy w świecie wykorzystując zasoby. Niektóre z tych zasobów raz wykorzystane już nigdy nie będą do naszej dyspozycji. Inne odnowią się, ale w horyzoncie czasowym wykraczającym poza nasze horyzonty, jako jednostki lub społeczeństwa. Jeszcze inne są dostarczane na bieżąco (jak energia słoneczna) nie wyczerpią się w przyszłości, którą bierzemy pod uwagę. Jeśli stwierdzilibyśmy że ciągły wzrost z wykorzystaniem skończonych zasobów jest podstawą funkcjonowania systemów gospodarczych, to w oczywisty sposób zmierzalibyśmy coraz szybciej w kierunku przepaści. Jak do tej pory podobne kryzysy udawało się zażegnywać. Słynny sztandarowy przykład jaki się tutaj podaje to obliczenia z końca wieku XIX, według których Paryż miał być w ciągu kilkudziesięciu lat zakopany pod górą końskiego łajna, co oczywiście się nie wydarzyło ponieważ wynaleziono samochód. Czyli na każdy kryzys człowiek znajdzie innowację, która ten kryzys zażegna. Jak jednak napisaliśmy wcześniej, innowacja to tylko część równania. Jak do tej pory większość innowacji, na której opieramy naszą cywilizację potrzebuje energii, która tą innowację napędzi. Jak do tej pory energię czerpiemy głównie z wyczerpywalnych źródeł, i jak do tej pory żadne innowacje nie zbliżają się do bycia gotowymi do zastąpienia energii która jest nam potrzebna tu i teraz. Wiem że w tych kilku zdaniach zawarłem kilka założeń, które mogą być kontrowersyjne. Wielu zapyta się co z OZE i energią jądrową? Odpowiedź brzmi, że jak do tej pory nie są one w pełni samodzielne i utrzymywalne. Zarówno OZE jaki EJ potrzebują paliw kopalnych do konstrukcji, transportu, serwisu oraz zastąpienia w przyszłości, kiedy obecnie używane ulegną zużyciu. Być może już niedługo ludzkość wynajdzie tanią technologię pozyskania energii, którą będzie można łatwo transportować. Jest to jeden ze scenariuszy pozytywnych. Tutaj jednak przedstawiamy kasandryczną wizję, w której to się nie zdarzy.

ad 2) Wracamy do ekonomii. Stopy procentowe to cena pieniądza. Co to oznacza? Oznacza to, że czasami potrzebujemy „kupić” pieniądze, czyli zaciągnąć kredyt. Musimy więc znaleźć kogoś z pieniędzmi, kto jest gotów nam ich pożyczyć w zamian za wynagrodzenie w przyszłości, czyli właśnie procent. Tradycyjnie oznaczało to, że najpierw ktoś musi zgromadzić kapitał, co jest procesem raczej powolnym, potem zdecydować o przeznaczeniu tego kapitału na pożyczkę, co też nie jest oczywiste. Z drugiej strony musiał być ktoś kto potrzebował tych pieniędzy tu i teraz. Być może z powodu nagłej potrzeby życiowej, być może z powodu dobrej okazji inwestycyjnej. Na pewno musiał być to ktoś kto mógł przedstawić zabezpieczenie dla swojej pożyczki lub być na tyle znany pożyczkodawcy, że ten zgodził mu się zaufać i powierzyć swój ciężko zdobyty kapitał. Tutaj pojawia się procent, który był ceną pieniądza i który był podatny na prawa podaży i popytu jak każdy inny towar. Gdy zgromadzonego kapitału było dużo, a potrzebujących mało – średnia stopa procentowa była niska. I odwrotnie – gdy kapitału było mało lub potrzebujących dużo – stopy były wysokie. Stopy procentowe były wynikiem działania rynku, i dlatego dostarczały ważnej informacji o ryzyku. W czasach dobrej koniunktury gdy wszystkie biznesy kręciły się i pieniędzy było dużo w obrocie – stopy miały tendencję spadkową a ryzyko niepowodzenia niskie. W czasach stagnacji i trudności w płynności, stopy rosły, a ryzyko inwestycyjne było wysokie.
Oprócz tego sama instytucja pożyczki spełniała bardzo istotną rolę rozwojową. Jeśli ktoś miał zgromadzony kapitał, ale nie miał pomysłu lub chęci by go wykorzystać w jakimś przedsięwzięciu, to z punktu widzenia gospodarki, lepiej jak otrzymał go ktoś kto nie miał kapitału, ale miał pomysł i chęci. Dla rozwoju dobrze jest gdy kapitał płynie w kierunku przedsiębiorczych producentów, innowatorów, ludzi którzy są gotowi tworzyć dobra i usługi na które jest popyt na rynku. To oczywiste. Cały czas jednak mówimy o tradycyjnej, staroświeckiej gospodarce gdy kapitał musiał być wcześniej nagromadzony, a uczestnicy transakcji pożyczki musieli zgodzić się co do wysokości procentów na zasadach wolnej umowy. Tutaj wkracza państwo, a właściwie bank centralny i jego pieniądz fiducjarny wraz z błogosławieństwem mechanizmów rezerw cząstkowych i odgórnie narzucanych stóp procentowych. Bank centralny może odgórnie ustalać cenę pieniądza ponieważ jest jego jedynym „producentem”. Banki uczestniczące w systemie mają możliwość pożyczania więcej kapitału niż nagromadzą od oszczędzających. Dzięki temu banki centralne mogą realizować politykę pro rozwojową, regulując dopływ pieniądza na rynek. Czasami robią to konserwatywnie, regulując jedynie wysokość stóp procentowych, a czasami ordynarnie dodrukowują nowe pieniądze i rozdają według politycznego klucza. Tak czy inaczej cele są dwa i nawzajem powinny się równoważyć. Z jednej strony chcemy utrzymywać rosnącą podaż pieniądza, a z drugiej chcemy utrzymywać inflację w rozsądnych wartościach 1-3%. Rosnąca podaż pieniądza ułatwia inwestycje. Mam nadzieję że do tej pory wszystko jest jasne, bo tutaj rzeczy zaczynają się komplikować. W tym momencie chciałbym przypomnieć jeden z naszych filarów gospodarki o którym pisałem wcześniej – szeroka publika, która jest jednocześnie siłą roboczą oraz konsumentami. Obie te funkcje są kluczowe i na razie tylko należy zdać sobie sprawę z jednej rzeczy: Żeby to wszystko grało i się spinało ważne jest by pracownik zarabiał na tyle dużo by konsumował i generował popyt na dobra, ale jednocześnie niezbyt dużo by nadmiar zarobionych przez niego środków nie powodował inflacji. Wróćmy do banków centralnych. Jak pisaliśmy stopa procentowa jest informacją dla inwestorów, jak bardzo ryzykowne są nowe inwestycje. Normalnie to ryzyko jest zdeterminowane cyklem koniunkturalnym, gdzie nadprodukcja przeplata się z okresami oczyszczenia pola z nietrafionych i zbędnych inwestycji. Jednak cykle koniunkturalne to jest coś czego politycy nie lubią. Szczególnie demokracje nie lubią przykrych, okresowych faz oczyszczenia, ponieważ szeroka publika wtedy wysadza rządzących ze stołków, obwiniając o złe zarządzanie i wpędzanie gospodarki w kryzysy. No ale od czego mamy banki centralne, przecież kryzysów być nie musi, wysokich stóp procentowych także. Jeszcze raz zauważmy co się stało z ceną pieniądza. Początkowo była informacją, która pomagała przedsiębiorcom w ocenie ryzyka. Teraz stała się narzędziem w rękach polityków, chcących utrzymać się na stołkach. No ale czy to nie jest dobrze, że politycy chcą rozwoju i unikają kryzysów? Odpowiedź nie jest taka prosta i uchylam się od niej. Faktem jest jedno. Dopóki mamy do dyspozycji praktycznie nieograniczone zasoby taniej energii, zniekształcona informacja o cenie pieniądza nie prowadzi do kataklizmu, a jedynie do zwiększonego zapotrzebowania na marnowaną energię. Nietrafione inwestycje są po prostu porzucane bez żadnych konsekwencji, zaciąga się nowy kredyt i próbuje ponownie. Dopóki w naszym kierunku płynie rzeka ropy naftowej the sky is the limit, a rozwój nigdy się nie skończy. PKB musi rosnąć bo inaczej słupki poparcia zaczną spadać.
Wiecznie rosnące PKB jest czymś normalnym, wymaganym. Politycy są rozliczani z każdej dziesiątej części procenta, a brak wzrostu to powód do traumy i wielkiej smuty. W rzeczy samej jest to poniekąd uzasadnione. Od tego wzrostu zależy dzisiaj zbyt wiele by było inaczej. Wzrost jest paradygmatem tak powszechnym, że:

  • Na nim oparte są systemy emerytalne. Wszelkiego rodzaje fundusze i plany oszczędnościowe zakładają że w długim okresie czasu „wszystko rośnie” więc spokojnie możesz pozwolić instytucjom zarządzać twoimi pieniędzmi ponieważ na pewno emerytura z tego będzie jak marzenie.
  • Na nim jest oparty pieniądz, który był kapitałem zgromadzonym wcześniej, a raczej certyfikatem wykonanej pracy uprawniającym do późniejszego jej odebrania. Dzisiaj pieniądz jest długiem już od momentu powstania. Długiem który będzie spłacony później. Będzie spłacony wraz z odsetkami, ponieważ większość inwestycji się zwróci, ponieważ mamy ciągły wzrost. Dług urósł do takich problemów, że nawet najzagorzalsi zwolennicy ręcznego sterowania dostrzegają już ciężar jakim przytłacza całą gospodarkę.
  • Na nim oparta jest konsumpcja. Kiedyś przedsiębiorstwa były zachęcane do zadłużania się w imię wzrostu. Po co stać w miejscu skoro można rosnąć? Po co czekać z inwestycją do jutra, skoro możesz zacząć już dziś? Od kilkudziesięciu lat jednak to nie wystarcza i ciężar zadłużania się jakby nie było jutra wzięły na barki gospodarstwa domowe. Samochód? Dom? Wakacje? Nowa kuchnia? Komputer? IPhone? Kredyt się spłaci bo wszystko rośnie. Wszystko rośnie bo bierzecie kredyty.
  • Na nim oparty cały dzisiejszy system polityczno-społeczny. Obietnice wyborcze, wskaźniki makroekonomiczne, wielkie idee XIX wieku, które były próbą odpowiedzi na pytanie: „Gdzie idziemy?” Są teraz własnymi karykaturami, próbującymi dać odpowiedź na pytanie: „Jak się szybciej rozwijać?”
    To wszystko dzieje się przy kompletnym braku informacji o ryzyku. Jedyna wiarygodna informacja została zniekształcona przez banki centralne, a banki komercyjne pożyczają ponieważ na tym zarabiają. Czy nie zastanowiło Cię nigdy jakim cudem przy 5% inflacji (i wyższej) dostajesz kredyt na 3%? Przecież to nie powinno mieć miejsca, prawda? Odpowiedzią jest oczywiście bank centralny. Banki mają morze gotówki, konsumenci mają morze potrzeb, a doradcy kredytowi potrzebują wyżywić swoje rodziny za pomocą prowizji. Brak informacji o ryzyku jest również brakiem informacji o przyszłości. Rynek dyskontując wszelkie znane informacje jest w stanie wychwycić nawet drobne sygnały i na nie reagować. Oczywiście o ile istnieją mechanizmy mu na to pozwalające. Jeśli banki centralne odgórnie wyłączyły te mechanizmy, sygnały które normalnie uruchomiłyby korektę stóp procentowych, trafiają w próżnie. To jest problem pierwszy chronologicznie, ale jeszcze nie najważniejszy.
    ad 3) Tutaj w pewnych momentach zaczynamy się powtarzać, ale spróbujmy usystematyzować naszą wiedze na temat surowców energetycznych i ich roli w gospodarce. Jak powiedzieliśmy wcześniej, energia jest jednym z filarów na których stoi gospodarka. Nie ma obecnie dziedziny życia dla której energia nie jest kluczowa. Co więcej nie ma już śladu po technologiach sprzed ery rewolucji przemysłowej, co oznacza że gdyby brakło paliwa dla naszych maszyn, stają się bezużyteczną kupą złomu, a my już nie wiemy jak robić rzeczy bez nich. Wyobraź sobie robotnika stojącego na wysokim rusztowaniu, w momencie w którym to rusztowanie znika. Tym robotnikiem byłaby gospodarka światowa. Ten kluczowy zasób właśnie jest traktowany na giełdach niczym każdy inny towar, podczas gdy żadnego innego towaru nie byłoby gdyby nie ten kluczowy zasób. To jest jeszcze pół biedy, ponieważ dopóki tego zasobu jest w bród to tak naprawdę jest to kwestia semantyki i miejsca w tabelce. Problem jest dużo głębszy i jego zrozumienie to klucz do zrozumienia celu całego tego artykułu. Napiszemy jeszcze raz kilka kluczowych faktów, które ułożą się w całość później.
  • Konsumenci to równocześnie siła robocza i poziom konsumpcji jest ściśle skorelowany z poziomem płac
  • Całe gospodarki są oparte na paradygmacie rozwoju i dyskontują coraz większą prosperity w coraz dłuższej perspektywie.
  • Nie mamy informacji o prawdziwej cenie pieniądza, a tym samym o sygnałach o ryzyku jakie płyną z rynku.
  • Jedynym lekarstwem na jakiekolwiek oznaki kryzysu jest: zwiększenie akcji kredytowej, manipulacja stopami procentowymi, a ponieważ ostatnio oba z tych cudownych remediów nie działają – ordynarne zrzucanie pieniędzy „z helikopterów”.
    Pewnie domyślacie się już, że zmierzamy do skonfrontowania się z teoretyczną symulacją sytuacji, w której zaczyna brakować nam paliw kopalnych. Oczywiście problem nie jest nowy i już od lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia znany pod nazwą „peak oil”, czyli inaczej mówiąc „szczyt wydobycia”. Już bowiem wtedy zauważono że wykres wydobycia ma kształt krzywej dzwonowej. Wykres jednak nie opowiada całej historii. Po lewej stronie wykresu mamy paliwa praktycznie same „wyskakujące z ziemi”, podczas gdy po prawej mamy spadek wydobycia, a pozostałe w ziemi surowce są trudne do znalezienia i wydobycia. Celowo nie używam tu określenia „tanie” i „drogie”. Pojęcia „tanie” i „drogie” mogą odnosić się do wszystkich innych aktywów, ale nie do surowców energetycznych. Aby wydobyć trudno dostępny surowiec potrzebne jest szereg kosztownych inwestycji, a pisząc kosztownych mam na myśli kosztownych energetycznie. Im trudniej dostępny surowiec tym więcej energii musimy zainwestować w wydobycie… energii. Kwestia kosztów finansowych tutaj sprowadza się do wyrażania nominalnej wartości papieru jaki zmieni właściciela. Jedynym wartym zadania jest pytanie: Czy wydobędziemy więcej energii niż włożymy w proces jej wydobycia, z angielskiego EROI (Energy Return on Investment). Czyli teoretycznie po prawej stronie wykresu mamy tyle samo energii co po lewej, ale w praktyce musimy o wiele więcej energii włożyć by ją wydobyć, czyli netto będzie jej nam zostawać coraz mniej. Oczywiście wyrażamy koszt energii także w pieniądzach i traktujemy ją jako każdy inny walor… i to jest właśnie nasz problem. Właściwie dlaczego miałby to być taki duży problem? Zastanów się co twoim zdaniem powinno się zadziać kiedy na rynku zaczęłoby brakować surowców energetycznych. Według przytoczonego wcześniej praw popytu i podaży odpowiedź jest prosta: Popyt ciągle rośnie (rozwój! PKB!), podaż spada – cena powinna znaleźć się w stratosferze, nieprawdaż? Zgodnie z modelem popytu i podaży tak musi się stać. No dobrze, zaraz do tego wrócimy. Tymczasem zastanówmy się jaka właściwie powinna być pierwsza oznaka braku surowców energetycznych. Raczej nie wyobrażamy sobie spoconego Saudyjczyka biegnącego do nas prosto z pól roponośnych z tragiczną nowiną. Skoro mamy do czynienia z gospodarką o bardzo wysokim stopniu współzależności i niezliczonymi nakładającymi się na siebie fluktuacjami, z pewnością tu i ówdzie pojawią się sygnały o lokalnych brakach, nawet gdy globalnie mamy jeszcze mnóstwo surowca. I odwrotnie – może być tak że globalnie dochodzimy do punktu szczytowego, podczas gdy wszyscy śpią spokojnie, tankowce kursują, stacje benzynowe rozdają hot dogi za kupno benzyny, a szejkowie wybierają kolejne modele złotych Bentley’ów. Co więcej – koncerny dzięki coraz nowszym technologią raportują odnajdywanie nowych złóż, których co prawda jeszcze dzisiaj nie opłaca się eksploatować, ale przecież ropa jest tam, więc z pewnością gdy jej cena wzrośnie to „się zainwestuje i wypompuje”. No dobrze, skąd więc mamy oczekiwać sygnału o zmniejszonym wydobyciu, skoro cała gospodarka jest ustawiona tylko na wzrost, a informacje raportowane z branży mogą być sprzeczne? Normalnie powinniśmy dostać sygnał z rynku, że kończy się era inwestycji, ponieważ cena pieniądza wzrasta (normalnie płynąłby on za energią na inwestycje w nowe metody i obszary wydobycia). Jak wiemy do tego nie dopuszczą pupilki narodów. Musimy więc szukać głębiej. Wcześniej pisaliśmy że energia jest lewarem ludzkiej pracy. Z tego wynika że im więcej energii per capita mamy do dyspozycji, tym więcej pracy może wykonać każdy pracownik. Im więcej pracy może on wykonać, tym większa powinna być jego pensja. Nie mówimy tutaj o pensji wyrażonej w żadnej z walut z powodów oczywistych. Dzisiaj wystarczy oświecić trochę więcej pikseli na monitorze by wyświetlić kilka zer więcej. Chodzi tutaj o pensję w sensie siły nabywczej. Skoro za tą samą (lub nominalnie wyższą) pensję jesteś w stanie zakupić mniej dóbr to popyt na te dobra spadnie. Po raz czwarty powtórzę coś oczywistego i kluczowego zarazem. Siła robocza to równocześnie baza konsumentów. Skoro spadnie popyt na dobra konsumpcyjne, które są produkowane przy pomocy energii to spadnie też popyt na energię. Skoro spada popyta na energię… właśnie. Być może pierwszy sygnał o zaburzeniach w ciągłym zwiększaniu wydobycia w wymaganym przez rynki zabójczym (wzrost! PKB!)tempie, jeszcze nawet nie o wypłaszczeniu, nadchodzi właśnie od tej strony, skoro wszystkie inne sygnały są zagłuszane. Załóżmy że tak jest. Że spadająca siła nabywcza ma miejsce i powoduje spadek popytu. Co robią przedsiębiorstwa? Dochodzą do wniosku że muszą natychmiast zwiększyć efektywność. Zwolnić nie-niezbędnych pracowników, zastąpić ich automatami, które energetycznie są tańsze – nie potrzebują dojazdów do pracy, wycieczek zagranicznych, opieki zdrowotnej, a i optymalna temperatura ich pracy ma znacznie szerszy zakres. Co to powoduje? Zwalniani pracownicy mają jeszcze mniej siły nabywczej, następuje dalszy spadek popytu na energię. Co robią rządy? To co do tej pory działało – obniżają stopy procentowe i próbują ożywić akcję kredytową – gospodarka przecież ruszy – tylko potrzebuje jeszcze jednego bodźca, jeszcze jednego zrzutu gotówki, jeszcze jednego pakietu. Jeśli mamy jednak do czynienia z omawianym przypadkiem – to nie zadziała. Zastrzyki gotówki będą działać jak defibrylator, może spowodują jeszcze drgawki dogorywającego delikwenta, ale na pewno nie sprawią że wstanie i zacznie tańczyć. To nie brak pieniądza byłby bowiem prawdziwym problemem, a jedynie niewielkie w skali gospodarki światowej zaburzenia w dostawach surowców energetycznych. Co ważne – te braki są na tyle niewielkie, że koncerny naftowe, kopalnie węgla mogą wciąż raportować wzrost wydobycia, ale już nie potrafią zwiększać wydobycia w tempie w jakim się od nich tego wymaga (wzrost! PKB!). Gdy patrzysz na tabelki – wszystko wydaje się być w porządku. Wydobycie rośnie, raporty o złożach w porządku, pieniędzy coraz więcej, stopy procentowe na zero, a trup nadal nie wstaje. Co gorsza zaczynają docierać sygnały o brakach w sektorach pozornie nieenergetycznych. Produkcja wydaje się spadać. Zaburzenia pojawiają się tu i ówdzie, ale jeszcze nie da się ich złożyć w sensowną całość. To pewnie Covid. Tylko że spadek np. produkcji samochodów rozpoczął się jeszcze przed Covidem i przed erą kryzysu półprzewodników. Po prostu jakby zmalał popyt. Pewnie z powodu przebijających się sygnałów o brakach surowców energetycznych i rosnących cenach nominalnych (okresowych – a jakże) w końcu zaczęlibyśmy powiązywać inflację z energią. Co robią rządy? Oferują tarczę antyinflacyjną – czyli przekazują część zasobów na obniżanie cen energii. Właśnie w momencie kiedy przemysł naftowy potrzebuje czegoś odwrotnego – drastycznego wzrostu cen energii w kategoriach realnych, rządy robią wszystko by nominalnie obniżyć jej cenę. Skoro to nie brak pieniędzy jest problemem, to efektem działań rządu będzie to, że nominalnie w portfelach zostanie więcej, więc zwiększy się zapotrzebowanie na inne dobra, których można wyprodukować coraz mniej z powodu coraz mniejszej ilości energii – kolejny wzrost inflacji. To jest kwadratura koła lub – jak kto woli – paragraf 22. Z powodów zaprzeczenia rodem z kliniki leczenia uzależnień. Kolejne programy naprawcze realnie działają coraz słabiej, ale jeszcze wciąż działają na publikę. Eksperci krytykują poczynania rządu, ale każdy proponuje inny kierunek, z których wszystkie wiodą do różnych sklepów monopolowych i dalsze tkwienie w iluzji. Po której tarczy, bodźcu stymulującym zorientowalibyśmy się że to nie jest tymczasowa śpiączka, ale prawdziwa, przerażająca i nieodwracalna śmierć paradygmatu wzrostu bez końca? Że cała wszechwładza banków centralnych i elit politycznych była możliwa tylko dzięki ciągłemu strumieniowi ropy naftowej? Że być może nawet nie stać już nas na porządną kinetyczną wojenkę i musimy zadowalać się wojenkami „hybrydowymi” żeby odwracać uwagę gawiedzi od sedna problemu? Być może jedynym rozwiązaniem by jakimś cudem w ogóle wydobyć to co jest jeszcze pod ziemią byłaby zgoda na radykalny wzrost cen energii w realnych kosztach i przesunięciu zasobów od przyzwyczajonych do wzrostu i go spragnionych społeczeństw w kierunku do poważnego zajęcia się wierceniem i kopaniem na coraz większych głębokościach, a wydobytą w ten sposób energię sprzedawać po drakońskich cenach tylko do najbardziej potrzebnych sektorów. Tylko kto ma taką zgodę wydać, skoro Kowalski ma kredyt, Dyzma ma wyborcze obietnice, Wokulski dalekosiężne plany, a bankierzy przyzwyczaili się do prostego przerzucania pieniędzy na komendę banków centralnych. Nikt nie ma ani ochoty, ani dostatecznej władzy by taką decyzję podjąć. Tak czy inaczej mamy przed sobą protesty społeczne i wielkie zamieszanie, ale ci którzy o tym nie wiedzą nie będą się do tego przygotowywać, a ci którzy coś podejrzewają nie chcą być zapisani w historii jako sprawcy tego zamieszania. Takiej decyzji nie wydałby nikt z jeszcze jednego powodu. W sytuacji „okresowych” problemów, tymczasowych przerwach w łańcuchach dostaw oraz świetnych propozycji rządowych ekspertów, taka decyzja wydawałaby się zbyt drastyczna, jednostronna i czy na pewno słuszna? Przecież większość ekspertów mówi co innego… Być może jednak do czasu kiedy eksperci w końcu to uzgodnią, pewne rządy upadną, a do innych dotrze brutalna prawda, będzie już za późno. Lawina zwijania się długu zostałaby uruchomiona w niekontrolowany sposób, powodując chaos, zerwanie łańcuchów dostaw, blackouty oraz kryzys z prawdziwego zdarzenia, taki, który zrzuca prezesów z większych wysokości niż tylko stołki, a ludzi wyprowadza nie tylko na ulice, ale również na pola uprawne. No ale na szczęście to tylko teoretyczna symulacja.

O co chodzi z tym pisaniem

Od jakiegoś czasu próbuję jakoś uporządkować to co powypisywałem, ale okazuje się, że jest to bardzo trudne, żmudne i pracochłonne zajęcie. Jednak Altucher tutaj miał racje, że 99% tego co się pisze to totalny szajs, ale piszesz zawsze dla pozostałego 1%, który jest wartościowy. To podobnie jak z czytelnikami. 99% z nich nie znajdzie w tym niczego dla siebie, ale ty piszesz, mówisz dla 1%. Generalnie jaki jest problem z wyjściem do publiki gdy właśnie pobiłeś rekord w pluciu na odległość i chcesz się czymś pochwalić? Żaden. Problem jest gdy nic się nie stało, a ty chcesz się podzielić czymś co uważasz że jest wartością samą w sobie i zawsze. Wtedy musisz się zintegrować i zrobić to co do ciebie należy. Przyłożyć się do pisania.
Z tych też powodów postanowiłem jednak że będę znowu pisał, ponieważ gdy nie piszę a tylko organizuję, to przestaję być kreatywny, przestaję siebie lubić.