Huntrun

blog_zm Bieganie terenowe ma różne oblicza. Na co dzień preferuję lekki cross, wybierając trasy wiodące przez pola i lasy, wychodząc z założenia, że najlepiej łączyć przyjemne z pożytecznym i korzystać z kontaktu z naturą. Raczej staram się nie biegać po asfaltach, robiąc wyjątki podczas biegów ulicznych. Ostatnio coraz bardziej popularne są ekstremalne biegi terenowe, wyróżniające się szczególnie trudnymi warunkami na trasie. Jednym z takich biegów, o stosunkowo krótkim dystansie 10 km, ale dużym zagęszczeniu przeszkód i wyzwań, jest Huntrun w Bałtowie blisko Ostrowca Świętokrzyskiego.
Bieg znalazła oczywiście moja nieoceniona organizatorka weekendowa – Mariola. Szybko dołączyli Ania z Łukaszem i Ewa z Tomkiem Nasza sześcioosobowa ekipa Positive energy na początku obiecywała sobie gruntowne wspólne przygotowanie, ale jak to zwykle bywa na obietnicach się skończyło. Osobiście nie miałem pod tym względem większych obaw. Niedawno ukończyłem drugą serię Insanity, miałem kilka zawodów biegowych po drodze, a poprzedzający bieg tydzień wypełniłem dobranymi przez siebie blokami Insanity, z których ostatni zrobiłem w piątek. Sobotę przeznaczyłem na odpoczynek, jak większość naszej ekipy.Wyjątkiem były Ewa i Mariola. Ewa w sobotę w Oświęcimiu zrobiła życiówkę na dziesięć kilometrów a Mariola prowadziła dwa mini rajdy Nordic Walking i dwie godziny Zumby na festynach.
Przed samym biegiem rozmowy z uczestnikami poprzednich edycji biegu przygotowały nas na najgorsze. Ja poczułem zdenerwowanie kiedy usłyszałem o konieczności nurkowania. Kilka razy byliśmy zaczepiani z powodu butów, ponieważ razem z Mariolą startowaliśmy w Fivefingers, co budziło zainteresowanie jednych, niedowierzanie drugich. Jeden z uczestników poprzedniej edycji próbował nam odradzić ten pomysł, ze względu na cienką podeszwę naszych butów i nawet byliśmy blisko rezygnacji, ale Mariola nie wzięła żadnych innych butów (jej para na zmianę to też Fivefingers), a ja postanowiłem być solidarny. Zresztą porównując bieżnik moich Spyridionów LS z bieżnikami niektórych butów to wydaje mi się, że przyczepność wypada jednak na korzyść agresywnego układu bieżnika w tym modelu Fivefingers.
Trochę nerwowe oczekiwanie na start umililiśmy sobie dokładną rozgrzewką przeprowadzoną przez Mariolę. Start był podzielony na serie, co miało, jak się później okazało, głęboki sens. Startowaliśmy w trzeciej serii więc mieliśmy jeszcze okazję obejrzeć start dwóch pierwszych. Już po stu metrach zawodnicy wchodzili do głębokiej do pasa rzeki. Nie można było jednak zbyt wiele zobaczyć, ponieważ organizatorzy w tym czasie odpalali świece dymne. Nie wiem czy celem zasłony było ukrycie przed kolejnymi startującymi co ich czeka czy utrudnienie wejścia do wody biegnącym, w każdym razie robiło to wrażenie.

W końcu nadeszła chwila naszego startu. Pierwsze metry, pierwsze wejście do wody w oparach dezorientującego dymu, i pierwsze błoto. Na początku zgodnie z planem biegliśmy wszyscy razem, potem jednak rozdzieliliśmy się na pary. Ewa z Tomkiem pomknęli do przodu, my z Mariolą trzymaliśmy z nimi kontakt wzrokowy aż do przeszkody w postaci belki przerzuconej przez wąwóz. Spośród wszystkich, w większości genialnych przeszkód przygotowanych przez organizatorów ta podobała mi się najmniej. Czekaliśmy tam ok 5-10 minut w kolejce. Efekt był taki, że stosunkowo mała strata do Ewy i Tomka, z powodu rozdzielenia nas przez kolejkę na tym wąskim gardle znacznie się pogłębiła i już do końca nie byliśmy w stanie nawiązać żadnego kontaktu z nimi (szczególnie biorąc pod uwagę ich tempo biegu). Nie sposób wymienić wszystkich przeszkód jakie były na trasie. Była wspinaczka po niemal pionowych ścianach, czołganie się pod drutem kolczastym, skakanie w workach, przeszkody pionowe, czołganie się pod siatką, strome podbiegi i zbiegi. Trasa częściowo przebiegała po lesie gdzie nie było żadnej ścieżki i tylko taśmy wskazywały drogę. Miejscami taśmy te wydawały się niespodziewanie urywać, ale po podbiegnięciu okazywało się, że to „tylko” urwisko, a trasa biegnie dalej pod nim. Na szczęście przy szczególnie stromych i niebezpiecznych miejscach zamontowane były liny, którymi można było się wspomóc. Nie pamiętam ile razy wchodziliśmy i wychodziliśmy do różnych rzek (lub tej samej o różnych głębokościach, czasami głębokość wody sięgał szyi więc łatwiej było płynąć) natomiast na pewno nie zapomnę przeprawy przez bagno. Pierwszy raz w życiu widziałem prawdziwe bagno i od razu zanurzyłem się w nim po pierś. W tym gęstym błocie, na rożnych wysokościach, występowały przeszkadzające pnie i gałęzie których nie sposób było zauważyć, przez co przeprawa była bardzo powolna. Nie brakowało również w miarę równych ścieżek gdzie mogliśmy rozwinąć większą prędkość i trochę zmęczyć się kondycyjnie. Bardzo mi się podobał zjazd po nawadnianej folii po stromym zboczu. Końcówka biegu była dosyć męcząca ponieważ prowadziła wężykiem po stromym zboczu, raz pod górę raz z góry. To był dla mnie jedyny moment, gdzie poczułem zbliżające się wyczerpanie. Uczucie to jednak szybko minęło i na metę wybiegliśmy razem pełnym pędem. Po pokonywaniu tylu przeszkód całe ciało krzyczało o odpoczynek, natomiast wydaje mi się, że kondycyjnie zwykły bieg uliczny na tym dystansie daje mi w kość bardziej, szczególnie biorąc pod uwagę, występujące na Huntrun wąskie gardła i konieczność oczekiwania przed przeszkodami, które dawały okazję na odpoczynek.

Kilka słów o organizacji. Specjalnie nie wspominałem o tym wcześniej by napisać o tym osobno. Organizatorzy Huntrun to zawodowcy. Bieg moim zdaniem był przygotowany adekwatnie do stopnia trudności. Na szczególnie niebezpiecznych odcinkach były dyżury ratowników medycznych, na trasie była jeden punkt z wodą co przy tym dystansie jest normą. Na mecie był suto owocami zastawiony stół oraz serwowane drinki z na miejscu miksowanych owoców (pyszne) oraz oczywiście woda i medale. Każdy zawodnik był osobno odnotowywany na starcie i mecie przez odpowiedzialną za to osobę. Hamburgery przysługujące po biegu były przepyszne i jestem pewien że to nie tylko efekt wilczego głodu. Zliczanie wyników odbyło się zaraz po przybiegnięciu ostatniej osoby z miejscem medalowym ostatniej serii, co jest bardzo miłym wyjątkiem, bo to zazwyczaj zawodnicy muszą czekać na wyniki (na rekordowych pod tym względem zawodach czekaliśmy z Mariolą około trzech godzin po zakończeniu biegów). Przy tym wszystkim odnotowaliśmy dwa zgrzyty pod względem organizacji: Pierwszym był tylko jeden natrysk dla wszystkich. W biegu uczestniczyli zawodnicy z całej Polski i podróż bez pobieżnego opłukania się z bagna i błota była nie do pomyślenia. My czekaliśmy w kolejce dwadzieścia minut. Drugim była klasyfikacja medalowa. Nie bardzo rozumiem (z rozmów przeprowadzonych z innymi uczestnikami wynika że oni również) powodów jakimi kierowali się organizatorzy, decydując się na ustawieniu na podium zwycięzców z poszczególnych serii. Szczególnie groteskowo wyglądało to kiedy czasy drugiego i trzeciego miejsca kobiet w serii „Elite” (czyli „najszybszej”) był gorszy od czasów Ewy i Marioli.  Osobiście mnie te dywagacje nie dotyczą ponieważ nie miałem szans na żadne miejsce medalowe w żadnym systemie kategorii więc nie chcę za długo się nad tym rozwodzić, tym niemniej były osoby, które mogły poczuć się pokrzywdzone tylko dlatego, że startowały w tej a nie innej serii.

Ten końcowy akcent trochę zepsuł ogólne wrażenie, ale nie na tyle by nie powiedzieć, że była to najlepsza impreza biegowa  w jakiej brałem udział w mojej krótkiej karierze. Organizację oceniam na 5-, ponieważ widać było że nacisk położony został na to co najważniejsze, czyli perfekcyjne przygotowanie trasy i jej obstawienie personelem zdolnym reagować w razie wypadków. Zgodnie stwierdziliśmy, że nie może nas zabraknąć na Huntrun 2015, a już mamy pierwsze deklaracje dołączenia do nas kolejnych osób.

Jeszcze kilka słów o Fivefingers. Oboje z Mariolą stwierdziliśmy, że buty spisały się znakofivefingersmicie. Cienka podeszwa okazała się właściwie atutem, ponieważ dopasowywała się do wymagającego podłoża, a agresywny bieżnik utrzymywał stopę w miejscu. Jednocześnie podeszwa w moim modelu jest na tyle gruba, że nie odczuwałem jakoś szczególnie ostrych korzeni bądź skał. Dokładne opasywanie stóp zapewniało pewne trzymanie butów podczas przeprawy przez bagno oraz zapobiegało dostawaniu się większych ilości błota do środka. Na początku próbowałem wspinać się samymi czubkami butów, jak zwykle robi się to przy tradycyjnym obuwiu. Jednak szybko doszedłem do wniosku, że w tym przypadku im większy kontakt z podłożem tym lepsze trzymanie. Jedyny moment kiedy zwątpiłem to wspomniana wcześniej kłoda, którą wolałem przejść okrakiem, jednak bardziej było to spowodowane moim wrodzonym strachem przed wysokością niż małą przyczepnością butów, tym bardziej, że  Mariola przeszła jak człowiek, na dwóch nogach.
Gratulacje dla zwycięzców biegu. Gratulacje dla Organizatorów za super imprezę. Gratulacje dla Ewy i Tomka za świetne czasy. Gratulacje dla wszystkich uczestników za podjęcie wyzwania. Uczucie po ukończeniu biegu jest bezcenne i na pewno impreza ta pozostanie na długo w naszej pamięci.

Reklamy

Gdzie mam dzisiaj ręcę włożyć?

Disclaimer: Używam dużo słowa „walka”, ale nie mam na myśli żadnego konfliktu. Raczej mam na myśli wszelkiego rodzaju próby przywrócenia równowagi.

Zatem wracamy do kwestii priorytetów. Nie ważne jak walczysz, ważne czy walczysz w miejscu w którym wygrana da ci najlepsze rezultaty. Innymi słowy czy wykorzystujesz pojedynczą, podwójną, poentą zasadę Pareto. Dlatego że walczymy na różnych poziomach, na różnych odcinkach, różnymi narzędziami, czasami nie rozumiemy walk innych ludzi, a nawet odmawiamy prawa do nazwania ich działania walką, ale tak naprawdę nie potrzebujemy zwycięstw. Potrzebujemy walki. Pytanie tylko gdzie walczyć skoro i tak walczyć będziesz? Niektórzy z nas walczą o rzeczy, o które inni nawet się nie martwią. Inni się martwią lub walczą o czymś innym, a walczą o coś innego – toczą bitwy nie w swoim interesie – bitwy innych ludzi.

Ludzie walczą różnie. Nie ważne czy jesteś typem krwiożerczego Wikinga czy cichego spiskowca. Twoje walki wyglądają inaczej, ale to nie jest zasadnicza różnica. Nie chodzi o to jak walczysz, ale o co walczysz, a raczej o co chcesz walczyć tu i teraz. Ja np patrząc na moją żonę, która nie może opędzić się od kontaktów powiązań i zbiera w naturalny i niewymuszony sposób ludzi swojej sceny, nie mogę oprzeć się wrażeniu że wygrywa ciągle walkę, której ja chyba nawet nie zacząłem. Nie wierzę że jestem gorszym wojownikiem (ależ skąd?). Po prostu jeszcze nie stanąłem na odpowiednim polu – wciąż go szukam (lub raczej – definiuję), co często sam określałem jako meta-przeszkodę (przeteoretyzowanie problemów).

Sprawa wygląda podobnie do kwestii „braku czasu”. Czas jest takim specyficznym dobrem, którego nigdy nie brakuje i nigdy nie ma za dużo. Zawsze i wszyscy mają go w sam raz, akurat tyle by przeżyć teraz.. Jeśli mówisz, że nie masz czasu, masz na myśli „Mam ważniejsze rzeczy do zrobienia”. Tutaj podobnie – nie ma bitew których nie możesz toczyć, są bitwy które omijasz.
Może należało zacząć od tego, że żadnej „bitwy” nie ma, dopóki jej nie wymyślisz. Wszelkie bitwy, problemy, marzenia, cele i tym podobne bzdury istnieją tylko w twojej głowie. Jeśli sobie to uświadomisz, poczujesz jakbyś tracił grunt pod nogami, ale nie ma się czym przejmować. To wszystko to wierzenia, które każdy z nas posiada. Ważne by być świadomym istnienia poszczególnych wierzeń i ich treści.

Gdzie zatem udać się by znaleźć się w kluczowym miejscu kluczowej bitwy, w której zwycięstwo spełni twoje prawdziwe potrzeby? Otóż i właśnie tym samym zdefiniowaliśmy to czego szukaliśmy. To jest właśnie najważniejsza twoja pierwsza bitwa.
Jej kluczowa rola polega na tym, że dzięki trafnej odpowiedzi na to pytanie, możesz cały swój potencjał skupić niczym laser przecinając liny utrzymujące Cię w miejscu.
Tylko dla przypomnienia. Jeśli twoją reakcją na to wszystko jest poczucie, że masz akurat ważniejsze sprawy na głowie to wróć do początku tego tekstu. Nie masz ważniejszych spraw na głowie. Zatem każda walka zaczyna się zanim wsiądziemy na konia, zanim założymy zbroję. Zaczyna się od maleńkiego, ale precyzyjnego ruchu, który nas niczym statek kosmiczny nastawi na prawidłową trajektorie długiej podróży, tak byśmy bezbłędnie trafili do celu. Mały błąd w tych pierwszych obliczeniach spowoduje konieczność późniejszej korekty kursu. Duży błąd może skierować nas w zupełnie innym kierunku.

Jak pamiętać?

Niekiedy mi się zdarza wpaść na świetny pomysł jak radzić sobie z tym i owym w codziennym życiu. Np. obiecuje sobie, że przestanę się denerwować i będę cierpliwy. Niestety największą wadą tych pomysłów jest to, że pamiętam o nich tak długo jak o nich myślę. Potem zapominam, a już na pewno nie ma po nich śladu kiedy przychodzi właściwa pora by je zastosować. Czyli wpadam w zdenerwowanie, odpalają się stare nawyki i wtedy właśnie przydałby mi się mój nowy świetny pomysł, ale gdzieś znika. Jak sobie z tym radzić? Wiele problemów zostałoby rozwiązanych a może jeszcze więcej nie zostałoby stworzonych gdybym był wstanie pamiętać o ważnych postanowieniach i świetnych radach w chwilach kiedy będą mi potrzebne najbardziej.
Niestety pomimo długich minut głębokiej medytacji nie byłem w stanie zlokalizować w moim mózgu przełącznika z napisem „zapamiętaj na zawsze”. Trochę mnie to zdziwiło ponieważ moim zdaniem taki przełącznik powinien istnieć. Niektórzy, jak np. niejaki Bandler (przy całym do niego szacunku, jaki czuję) twierdzą nawet, że potrafią zainstalować dowolny przełącznik w kilka sekund. Próbowałem tego sposobu i rzeczywiście instalowałem sobie dowolne przełączniki jednak i one działały tylko tak długo jak o nich pamiętałem. Co prowadzi z powrotem do problemu jak pamiętać o przełącznikach, czyli jestem w punkcie pierwszym.
Wszelkie inne sposoby z pogranicza magii i życzeniowego patrzenia na rzeczywistość także mnie zawiodły. Pozostało wyjście najmniej magiczne i normalne czyli szczegółowa analiza co się dzieje w poszczególnych wypadkach kiedy chciałbym pamiętać o konkretnych rzeczach.

Pozostańmy przy przykładzie wpadania w zdenerwowanie.  Stwierdzam że jest to nawyk połączony z silnym wierzeniem. Każde zdenerwowanie jakie jestem w stanie sobie przypomnieć wynikało z mojego przekonania, że świat nawalił i muszę mu to jakoś pokazać. Dać sygnał że się nie zgadzam, protestuje i obrażam. Kiedy winowajcą jest ktoś realny czasami mogę doświadczyć go sankcjami w postaci głośnych krzyków, krzywych spojrzeń lub prawych prostych. Niestety ani świat ani winowajcy z reguły nie zwracają uwagi na powód mojego zdenerwowania, a jedynie (winowajcy) reagują na samo zdenerwowanie, najczęściej swoim zdenerwowaniem. brak rezultatu nota bene jest przyczyną dla której chcę uniknąć przyszłego denerwowania się. Tak więc zidentyfikowałem wierzenie które stoi za denerwowaniem się. Wierzenie to brzmi: Kiedy się adekwatnie mocno (bardzo mocno) zdenerwuję to może zmienię świat albo wywalczę coś dla siebie. Jest to wierzenie fałszywe, co wykazałem przed chwilą. Świat ma moje zdenerwowanie w głębokim poważaniu, a inni ludzie dzielą się na tych którzy reagują tak samo jak świat (tych mądrzejszych) oraz tych, którzy reagują takim samym zdenerwowaniem (tych głupszych, do których się jak tymczasem zaliczam). W żadnym z tych wypadków nie osiągnę tego co myślę, że osiągnę zdenerwowaniem.
Sięgnąłem więc do swoich zapisków na temat książki Roberta Diltsa pt „Wierzenia”. Okazało się, że mam tam gotowe algorytmy które wystarczy wykorzystać.
W wielkim skrócie: Musisz chcieć się zmienić, wiedzieć jak się zmienić, i dać sobie szanse na zmianę. No więc myślę,  spełniam te warunki. Przede wszystkim wierzę, że mogę zmienić wierzenia, ponieważ robiłem to już w przeszłości.
Jak zmieniam wierzenie?

– Identyfikacja genezy
Trudno dotrzeć do swojego pierwszego zdenerwowania. Myślę jednak że jest to nawyk z dzieciństwa. Czasami dzieci żądają od rodziców pewnych zachowań okazując właśnie coś na kształt zdenerwowania. Niestety rodzice czasami reagują pozytywnie, tj negatywnie i spełniają ich żądania. No i „click”! Wierzenie zainstalowano. Można często przekonać się naocznie w sklepach jak tego typu nawyki są konsekwentnie wzmacniane przez rodziców. Mały krzyk  – niska szansa na spełnienie żądania. Duży krzyk – duża szansa. Mega odpał – pewniak. Niektóre dzieci są litościwe i oszczędzając swoim kochanym rodzicom czasu od razu przechodzą w wersje mega. Każdy to widział chociaż raz więc nie będę tego opisywał. Wnioskuję z tego że moi kochani rodzice w przypływie litości nad nieszczęśliwym mną również mi zainstalowali tego typu mechanizm.

– Rewdruk
Ten etap polega na zmianie znaczenia (interpretacji) pierwotnego wdruku wierzenia. Do tej pory interpretowałem sytuację w której się zdenerwowałem a potem otrzymywałem nagrodę jako związek przyczynowo-skutkowy. Bodziec (potrzeba) reakcja (łeeeee!!!) nagroda (zabawka). Tak właśnie interpretuje świat mały obywatel oraz zazwyczaj takim jego świat pozostaje gdy obywatel dorasta.
Fałszywe wnioski: Jeśli będę dostatecznie mocno gryzł i kopał to dostanę to czego pragnę.
Prawidłowa interpretacja powinna wyglądać tak: Bodziec (wyprowadzenie z równowagi) reakcja (zakomunikowanie światu stanu nierównowagi) nagroda (twoi najbliżsi próbują przywrócić twoją równowagę).
Prawidłowe wnioski – skuteczna komunikacja jest podstawą do osiągnięcia korzyści.  Ludzie naokoło życzą mi dobrze i generalnie wszyscy wolą stan równowagi i zrozumienia. Różnica pomiędzy wtedy i teraz polega na tym że kiedy byłem dzieckiem miałem mniejszy zakres środków komunikacji, teraz mam większy.

– Identyfikacja konfliktów
Zazwyczaj wierzenia są ze sobą posplatane i pogmatwane. Wiele z nich jest sprzecznych z innymi, a niektóre są sprzeczne wewnętrznie (np. pozorny ateizm: Wierzę, że jestem bardziej wiarygodny ponieważ nie wierzę). Jednak mimo to mój mózg pracuje pełną parą by zachować pozory spójności. Nawet jeśli nie zdaję sobie z tego sprawy inwestuję dużo czasu i zasobów w utrzymanie tego złudzenia ponieważ jest ono mi bardziej potrzebne i przydatne niż przykra prawda o tym jakim kłębkiem bzdur i nonsensów jestem. Dlatego właśnie wyciągając z tej konstrukcji jakieś wierzenie i próbując implantować w to miejsce inne (zazwyczaj przeciwne) musimy mieć na względzie własne poczucie spójności i zastanowić się chwilę, czy właśnie zmieniane wierzenie nie zaburzy innego ważnego aspektu naszego funkcjonowania. Na przykład jeśli do tej pory w mojej pracy stosunki opierały się o zasady gry o sumie zerowej umiejętność denerwowania się i gryzienia może być przydatna lub niezbędna by utrzymać pozycje (zupełnie pomijam kwestię tego czy chcę i powinienem pozostawać w takiej pracy). Mogę zatem stracić pracę (zachowując spójność) albo robić przez połowę dnia coś w co nie będę już wierzył (tracąc spójność).
Akurat w przypadku wierzenia w skuteczność denerwowania się sprawa wygląda odwrotnie. Od jakiegoś czasu staram się wprowadzać w mojej działalności i kontaktach idee współpracy i porozumienia. Po głębszym zastanowieniu się doszedłem do wniosku, że planowana zmiana wierzeń raczej poprawi moje poczucie spójności niż je popsuje. Co więcej, mam przeczucie że nowe zastępujące je wierzenie ma duży potencjał do poprawy jakości mojego życia w szerszym zakresie. Mogę jedynie obawiać się tego, że pozbawię się narzędzia obrony przed bezpośrednimi atakami ludzi rzeczywiście chcącymi mnie zranić, w których to przypadkach zdenerwowanie może pomóc odstraszyć przeciwnika.

– Rozwiązanie konfliktów (wspólny cel).
Nawet jeśli czasami ktoś przesadzi i rzeczywiście okazuje złe zamiary w stosunku do mnie to wciąż zdenerwowanie nie jest dobrą drogą do zwycięstwa. Dobrą drogą będzie próba szczerej komunikacji a następnie dopiero podjęcie wyzwania. Nawet jednak w fazie konfliktu zdenerwowanie może jedynie przeszkodzić. Podczas zdenerwowania zazwyczaj zmieniamy ostateczne cele z osiągnięcia maksymalnej korzyści na zniszczenie przeciwnika. Tymczasem moim zdaniem nawet w najgorętszej fazie konfliktu nadal powinniśmy mieć wszystkie opcje na stole i dopuszczać możliwość, że porozumienie i zakończenie konfliktu może oznaczać większe korzyści niż zniszczenie przeciwnika. Tym samym cel będący wyżej w hierarchii łączy wszystkie hipotetyczne sytuacje w jeden nawias zgodny z nowym wierzeniem.

– Utrwalenie
Jak upewnić się, że zmiana wierzenia będzie trwała? Myślę że nie ma innego sposobu jak poświęcenie pewnego czasu na przemyślenie maksymalnie dużych ilości konsekwencji nowego wierzenia. Wizualizacje także są niezastąpionym narzędziem. Wyobraź sobie maksymalną ilość przeszłych sytuacji w których teraz postąpiłbyś inaczej. Pomyśl jak na tym byś skorzystał, jak możesz wykorzystać nowe nawyki by wciąż jeszcze osiągnąć tą korzyść. Wszelkie dygresje, poboczne wątki, angażowanie możliwie wielu modalności, zmysłów, emocji przyczynia się do utrwalenia nowego wierzenia/nawyku.
Jednak nawet to nie zagwarantuje, że wciąż będę pamiętaj o swoich postanowieniach za tydzień, miesiąc, rok. Dlatego konieczne jest wdrożenie jakiegoś systemu przeglądania swoich nowych postanowień i zobowiązań. Weryfikacja i śledzenie na bieżąco czy nie wpadam w tory starych nawyków.
Musi upłynąć trochę czasu nim wyżłobię dostatecznie głębokie koleiny by móc się nie przejmować wyskoczeniem z nich. W międzyczasie konieczne jest upewnienie się, że mam do dyspozycji mechanizmy pozwalające kontrolować trakcję.
Jak pewnie niektórzy zdążyli już zauważyć trick zapewniający zapamiętanie czegoś przez cały czas polega na tym, że zwalniamy się z konieczności pamiętania w ogóle. Ostatecznie jestem przekonany, że nikt z nas nie pamięta wszystkich swoich nawyków, jednak bezbłędnie je odnajdujemy za każdym razem gdy są nam „potrzebne”. Dlatego chcąc zmienić swoje zachowanie muszę się upewnić, że następnym razem gdy wystąpią określone bodźce będę zachowywał się automatycznie w pożądany przez siebie sposób.
W okresowym przeglądaniu i upewnianiu się że jestem na właściwej drodze pomaga mi prowadzenie dziennika. Mój dziennik jest miejscem do którego regularnie zaglądam i jeśli jestem w stanie umieścić odpowiednie przypomnienia w odpowiednich miejscach to mogę być pewny że będę regularnie napotykał przypomnienia o nowych celach. A jakie metody tobie przychodzą do głowy?

Wolę wspomnienia od rzeczy.

Mam tego jeszcze bardziej hardcore’ową wersję: Nie kolekcjonuj wspomnień tylko wrażenia.

Zatem kupuj doświadczenie a gromadź wrażenia. Niewiele przyjdzie ci z rzeczy i niewiele warte są historyjki. Historyjek jest na pęczki.  Kupowanie rzeczy jednak czasami wiąże się z doświadczeniem. Kupujesz rower by móc sobie pojeździć. Tak czy inaczej nie obędzie się czasami bez kupowania rzeczy. Jednak musisz wiedzieć dlaczego kupujesz tą rzecz. Kupujesz ją po to by umożliwić sobie nowe doświadczenia.  W zasadzie kupowanie rzeczy dla samej rzeczy to największa głupota jaką można popełnić. Kiedy kupujesz coś by ładnie wyglądało na twojej półce w domu to właśnie podpada to pod tą kategorię. Nigdy nie rozumiałem tego typu zakupów.  Czasami kupujemy rzeczy w celu przechowania wartości (tzw. inwestycje, które jednak nie zawsze są inwestycjami sensu stricte, a raczej formą oszczędzania). Myślę, ze to jest ok. Ponieważ oszczędzanie jest ok.  Z drugiej strony nie każde wrażenia i doświadczenia są warte by za nie płacić czy nawet otrzymać za darmo. Np. narkotyki, wycieczki z nudnymi ludźmi itp.  Niezależnie od tego co kupujesz staraj się mieć świadomość tego za co płacisz.  Zupełnie inną kategorią są inwestycje w możliwości. Czasami kupujesz narzędzia dzięki którym: – oszczędzisz czas, – oszczędzisz inne zasoby, – zyskasz możliwość zarobku Tego typu inwestycje są potrzebne, ale łatwo z nimi przesadzić.  Właśnie doświadczenia są moim zdaniem taką inwestycją w możliwości. Dzięki odpowiednim doświadczeniom będziesz o wiele lepiej funkcjonował, więcej mógł.  Najważniejsze jednak by ograniczyć zakupy rzeczy, które będą kosztować więcej w przyszłości. Drogie samochody, domy, motory, wszystko to co wymaga ciągłego dokładania w celu utrzymywania wartości jest obciążeniem które cię spowolni i ograniczy możliwości.

Przeoczyłem

Moje GTD funkcjonuje całkiem nieźle. Przynajmniej jeśli chodzi o jego drobne szczegóły. Inboxy działają, przeglądy, zbieranie informacji, priorytety, deadline’y. Kolorowo i imponująco. Aż miło popatrzeć. Ostatnio jednak podczas przeglądu spraw zdałem sobie sprawę z tego, że coś jest nie tak. Trochę bawiłem się sortowaniem spraw wg tych wszystkich cudownych zmiennych i zauważyłem to co przeoczyłem. Codziennie wspinam się po piramidzie, którą należałoby raczej nazwać piramidalnym oszukiwaniem samego siebie.
Wygląda to mniej więcej tak: Najpierw należy zrobić wszystko co jest do zrobienia koniecznie. Bo pilne, bo ktoś czeka, bo to ostatni dzień, potem kilka pomniejszych rzeczy, bo ktoś mnie zaczepił, bo mi sę coś przypomniało, bo chcę mieć czystą głowę zanim zabiorę się do POWAŻNYCH PROJEKTÓW przez wielkie PP. Poważne projekty wiercą się i rozpychają w mojej liście todo, czerwone, grube, krzyczące. Czekają na mnie niecierpliwie, kiedy już będę miał wyczyszcozne pole, czas, uwagę, czyste biurko i inboxy. Dzieci nakarmione wykąpane i śpią. Pytania Żonie zadane i odpowiedziane. Jeszcze tylko zrobię sobię herbatkę. Jeszcze tylko wywale tego spama w skrzynce bo miała być pusta. Jeszcze tylko odpowiem znajomemu na facebooku, jeszcze tylko zamówię na allegro tą rzecz, bo muszę ją mieć na weekend. Już już za momencik zabieram się do wielkich PP. Cholera. Za niedługo muszę iść spać. Bo jutro trzeba wstać wcześnie. Znowu nie zdążyłem. To może jeszcze dzisiaj sobie daruję, ale od jutra już nie. Niestety jutro jest kolejnym dzisiaj. Dzisiaj jest zawsze takie samo. Nie ma jutra – jest tylko dzisiaj. Teraz. I tak aż stanie się wczoraj.
Wczoraj wziąłem sobie inny urlop. Inny ponieważ odkąd sięgam pamięcią brałem urlop by gasić jakieś pożary. Gdzieś trzeba jechać coś trzeba załatwić. Ewentualnie wakacje, które jak wiemy, często są jeszcze szybszą i bardziej absorbującą karuzelą niż codzienność. Wczoraj zamiast urlopu wziąłem dzień wolny. Owszem. Kilka rzeczy załatwiłem, żeby nie było. Urząd, jakieś porządki, ale zadbałem też o to by mieć trochę czasu. W końcu tak narzekałem na jego brak więc proszę – pół dzionka wedle życzenia. Wieczorem jednak z jękiem zawodu zauważyłem, że idąc spać byłem dokładnie tam gdzie codziennie – na krok przed szczytem piramidy.
Doszedłem do wniosku, ze jest to kwestia perspektywy. Jeśli chodzisz z nosem przy ziemi upewniając się, że każdy drobny kroczek będzie odpowiednio postawiony, nie znajdziesz czasu czy spojrzeć na szerszy obraz. Gdzie zmierzasz? Nie wystarczy mieć przeglądany raz na jakiś czas plan. Nic po nim jeśli traktuję go po macoszemu i nie zbliżam się do jego realizacji dzień po dniu. Nie mam czasu na robienie wszystkeigo. Nie mogę sobie pozwolić na rezygnację z marzeń, ale też mnie nie stać na ich realizację. Marzenia marzeniami, ale mamy rachunki do płacenia, dzieci do wyżywienia, domy do utrzymania i znowu czołgam się z nosem przy glebie. Ludzie, którzy oderwali się od perspektywy mrówki często byli w takiej samej lub jeszcze gorszej sytuacji. Musieli jednak zaryzykować i wstać. Puścić sznureczki kontrolowanych przez siebie tysięcy drobnych (ale jakże pilnych) spraw by móc chwycić w swe ręce stery życia i kontrolować kurs. Dopóki ty także tego nie zrobisz wszystko będzie wydawało się niemożliwe, nie do zrobienia, ogromne. To wszystko banalne spostrzeżenia. Pisał o tym Allen, Covey, Altucher i masa innych mądrali. Jak mogłem to przeoczyć? Nigdy nie podniosłem się z gleby.

Polub co robisz lub rób co lubisz.

Zawsze miałem talent do:
a) Wymyślania przyjemnych rzeczy podczas których robiłem coś pożytecznego
b) Wymyślania pożytecznych aspektów przyjemnych rzeczy, na które miałem ochotę
Kiedy próbuję się czegoś nauczyć nigdy próbuję tego robić z jednego źródła. Lubię poczytać, obejrzeć filmik, posłuchać czegoś na ten temat. Lubię sprawdzić kilka sposobów uczenia się. Dzięki temu nie tylko mam szerszy obraz, ale prędzej czy później natrafiam na coś co sprawia mi prawdziwą przyjemność.
Drugi sposób może zabrzmieć nieco cwaniacko. Skoro i tak robisz to na co masz ochotę to dorabianie do tego jakiś wyższych celów może wydawać się stawianiem wozu przed koniem. Na szczęście tak nie jest. Każda czynność dostarczająca nam przyjemności może nas uczyć czegoś pożytecznego. Kiedyś grałem namiętnie w grę Age of Empires. Strata czasu? Być może. Nauka strategicznego myślenia, działania pod presją czasu – na pewno.
Nie twierdzę, że wszystko co robisz jest świetne. Są zajęcia bardziej i mniej wartościowe, jednak to ty nadajesz znaczenie temu co robisz. Jeśli po skończonej aktywności spuścisz głowę i uznasz to za czas stracony to tak już zostanie.
Nie zawsze da się rzucić wszystko tu i teraz i zacząć robić to co się kocha, co się robi świetnie i mieć z tego super pieniądze. O wiele częściej masz już jakąś pracę która przynosi dochód i którego utrata byłaby ciosem dla budżetu. Nawet jeśli musisz się do tego codziennie zmuszać to podczas gdy na boku przygotowujesz się do zmiany tej sytuacji możesz „tracić czas” lub spróbować czegoś jednak się naczyć, zrobić jakąś pozytywną zmianę. Skoro i tak tu jesteś.
Właśnie dlatego dwie osoby przy tym samym zajęciu będą wykonywać je w zupełnie różny sposób i będą wyciągać z tego różną ilość punktów doświadczenia, zaangażowania i skupienia. Ponieważ skupienie to jest także coś co bierzesz z wykonywanej czynności, a nie tylko poświęcasz.
Bardzo podobnie jest z przypadkami i przygodami. Wszystko co się wydarza może być dopustem ohydnego losu, albo okazją do dodania do swojego bagażu cennych doświadczeń. Do której kieszeni to włożysz tam to zostanie. Często można to zauważyć gdy wybierasz się z kimś na wydarzenie które jest mu dobrze znane a dla ciebie jest to totalna nowość. On jest w siódmym niebie a ty czujesz się nieswojo. Okazuje się, że tylko twoja interpretacja zdarzeń jest inna. Częściowo dzięki temu że jesteś poza twoją strefą komfortu, ale dopiero po fakcie formułujesz sądy na ten temat.
Uświadamiam sobie właśnie po raz kolejny jak bardzo istotne są wierzenia. Za ich pomocą definiujesz świat i wszystko co się naokoło dzieje. Są to metasądy o wszystkim i wszystkich. Są niczym szkice map twojej rzeczywistości, które doświadczenie tylko cieniuje i koloruje.
Dzięki wierzeniom możemy nawet najbardziej traumatyczne wydarzenia zneutralizować, znaleźć w nich to lepsze znaczenie, posiąść unikatową i niezwykłą moc uśmiechnięcia się do samego siebie. W twoim prywatnym świecie nic nie jest w stanie cię złamać. Jeśli wierzysz w to, że potrafisz oszukać i przechytrzyć okoliczności, które inni uważają za negatywne – nic nie będzie w stanie cię złamać.
To co na pozór bez znaczenia i to czego się boisz. To co mogłoby ci zaszkodzić i to czego nie chcesz. Wszędzie możesz znaleźć małe krople i ziarenka, z których ty formujesz i budujesz siebie. Kształt tej budowli zależy tylko od ciebie.

Tama

dam 6869719_sJeśli ktoś próbuje zbyt wiele razy, ciągle coś ci obiecując i marnując twój czas – przychodzi taki czas, że powinieneś go zatrzymać. Oczywiście nie zabraniaj nikomu próbować dalej, ale nie musisz już więcej poświęcać swojego czasu. To samo odnosi się nie tylko do ludzi, ale również do spraw.  Bandler powiedział kiedyś: „Jeśli próbujesz coś zrobić – przestań. Przestań próbować i zrób to”. Albo podejdziesz do tego poważnie albo będziesz dalej próbował, a z próbowania uczynisz swój cel zastępczy.  Skupienie to tama postawiona bzdurom, dzięki której możesz kanalizować i wykorzystywać swoją energię.