Hokus Pokus

Ile baterii mógłbyś naładować energią swojego mózgu? Pewnie zdajesz sobie sprawę z tego, że wewnątrz twojej głowy płynie prąd zdolny do zasilenia nisko-watowej żarówki. Zatem myślę, że czasami moglibyśmy przestać myśleć, podłączyć się pod mały akumulator i zbierać tą energię w celu późniejszego wykorzystania do napędzania silników elektrycznych. W pewnym przypadku nawet mogłoby to być z pożytkiem dla ogółu.

Kiedyś by przekazać wiadomość z punktu A do punktu B, zazwyczaj konieczne było zapisanie jej na jakimś nośniku i fizyczne przetransportowanie jej pieszo lub konno. Jednak po wynalezieniu telegrafu i położeniu linii telegraficznych wystarczyło udać się do najbliższego punktu telegraficznego. Oszczędziło to mnóstwo energii.  Cechą innowacji jest to, że oszczędza energię. Nie zawsze jest to energia która byłaby użyta, gydyby tej innowacji nie było (np. nie dostawałbyś tyle samo spamu tradycyjną pocztą) i to jest druga cecha innowacji – stwarzanie nowych możliwości (np. wysyłania spamu).  Wyłączając myślenie i napędzając małą żaróweczkę nie zyskujemy wiele. Jednak niektórym ludziom to wystarcza. Nie wykorzystują ogromnego potencjału swojego umysłu do innowacji.

Powiesz – nie każdy może wynaleźć telegraf lub internet i ja się zgodzę. Jednak każdy może coś dzisiaj lepiej zorganizować w swoim życiu. Wystarczy użyć tego potężnego narzędzia gotowego do produkcji mnóstwa energii. Jak? Czy już masz w swoim domu szafkę na klucze?  Jeśli nie to wiedz, że całą energię którą wciąż tracisz na szukanie kluczy można zaoszczędzić wyrabiając w sobie nawyk odwieszania ich tam po każdym powrocie do domu. A skoro już cała rodzina będzie miała zwyczaj zaglądania do tej szafki przy każdym wyjściu z domu, to gdzie umieścisz coś o czym absolutnie nie można zapomnieć przy wyjściu? (nowe możliwości).

Skoro istnieje w fizyce coś takiego jak zasada zachowania energii, to skąd bierze się ta cała energia wynikająca z innowacji? Oczywiście jest to pytanie z przymrużeniem oka, ale lubię sobie wyobrażać, że jest to rodzaj magii, tyle tylko, że w tym przypadku królik wyciągnięty z cylindra jest prawdziwy i można go zjeść na obiad (w wersji dla wegetarian – przytulić się). hugarabbit

Rozejrzyj się wokół siebie. Ile energii dziennie tracisz na rzeczy, które mogą być zrobione szybciej, lepiej, lub których robienia można w ogóle uniknąć? Każda taka rzecz to kolejny królik łamiący prawa fizyki.
W fizyce mamy też pojęcie dźwigni. Dzięki dźwigni możemy przesuwać ciężkie przedmioty mniejszą silą, ale dłuższym ruchem. Takie drobne innowacje o których piszę wyżej to właśnie ten długi ruch wykonywany codziennie po trochu, w celu przesunięcia o wiele ważniejszych rzeczy – poważnych projektów zmieniających życie.

Jak nauczyć się zauważać i wprowadzać takie innowacje? Ja zacząłem od logowania czasu. Dzięki temu wiem, ile czasu spędzam na zajęciach mało produktywnych lub wręcz kontr-produktywnych.

Reklamy

GTD w praktyce

Poniżej przedstawiam opis czterech aplikacji mniej lub bardziej przystosowanych do implementacji GTD. Używałem wszystkich z niżej wymienionych aplikacji (oraz kilku innych, które moim zdaniem nie są tak dobre jak niżej wymienione) wystarczająco długo by móc coś o nich napisać. Podany tutaj linki do aplikacji Nozbe, j Toodledo oraz Dropbox są linkami afiliacyjnymi, oznacza to, że jeśli z któregoś z nich skorzystasz i ściągniesz aplikację to mogę w przyszłości otrzymać z tego tytułu jakieś korzyści. Nie wpłynęło to w żaden sposób na tekst. Używam (lub używałem) tych aplikacji na co dzień i wszelkie opinie tutaj przedstawione są szczere choć całkowicie subiektywne. Piszę tylko z mojej perspektywy, czyli kogoś kto w smartphonie ma Androida, a stacjonarnie najczęściej korzysta z Windowsa. Jeśli więc jesteś zwolennikiem jabłuszek dwa z opisywanych poniżej programów w ogóle są dla ciebie niedostępne. Kolejność przedstawienia aplikacji ma znaczenie, ale nie traktuję tego jako rankingu, ponieważ każda z tych aplikacji jest zupełnie inna, występuje na inne platformy i może służyć do czegoś innego.

1 ToDoList

listytodo_ToDoList_screen

Jest to aplikacja z której korzystam najdłużej i jednocześnie której wszystkich opcji do dzisiaj nie ogarniam. Jest to spowodowane tym, że ToDoList to potężne narzędzie. Wykorzystywanie jej do GTD jest niczym poranna przejażdżka po mleko Hummerem.
Właściwie to nie ma funkcjonalności której ta aplikacja nie ma. Wymienię tylko te, których najbardziej mi brak w innych próbowanych programach tego typu:
– komentarze z pełnym formatowaniem tekstu
– wielostopniowe zagnieżdżanie zadań (podzadanie podzadania podzadania)
– możliwość śledzenia czasu, kosztów i procentu wykonania
– możliwość właściwie dowolnego konfigurowania wyglądu, kolumn, dostępnych opcji
– możliwość linkowania do zadań wewnątrz komentarzy innych zadań (bardzo przydatne)
Wielość funkcji i elastyczność ToDoList sprawia, że stosunkowo łatwiej niż w innych aplikacjach jest narobić sobie bałaganu. Wymaga więc większej samodyscypliny, dokładniejszych przeglądów tygodniowych. Jednak ten dodatkowy trud zwraca się z nawiązką.
Kilka razy przez problemy z synchronizacją zgubiłem plik .ini, w którym zapisane są wszystkie ustawienia. Odtworzenie ich jest dosyć kłopotliwe.
Jednak kiedy już wszystko poustawiasz i spersonalizujesz, ToDoList pokaże swoją moc. Używam tego programu od ponad pięciu lat i chociaż jeśli chodzi o prywatne sprawy, to kilka razy przesiadałem się na inne programy to w pracy nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez niego. Jak już pisałem ToDoList nie jest zwykłym narzędziem GTD. Dla mnie jest to baza wszelkich informacji o tym co kiedykolwiek robiłem. Dzięki temu w ciągu kilku sekund (program jest bardzo szybki, reaguje natychmiast na każde kliknięcie) mam dostępne informacje o dowolnej sprawie, której poświęciłem choćby kilka minut w dowolnym okresie używania tego programu. Osiągnąłem to dzięki wykształceniu nawyku robieniu w komentarzach krótkich, opatrzonych datą (skrót klawiaturowy ctrl+d) notatek ze większości mojej aktywności w firmie. Jest to użycie daleko wykraczające poza GTD.
Aplikacja jest oparta na licencji Eclipse, czyli jest całkowicie darmowa, co z jednej strony jest oczywiście dużym atutem, a z drugiej oznacza, że nie ma komercyjnego wsparcia (co mi jednak specjalnie nie przeszkadza).
Teraz trochę o wadach. Trochę niewygodny jest fakt, że wszystko jest przechowywane lokalnie w pliku, nie ma żadnego interfejsu web, nie ma żadnej dedykowanej drogi synchronizacji na różnych komputerach (aczkolwiek bez problemu można sobie z tym poradzić np za pomocą Dropboxa, Googledrive, TeamDrive itp). Problemem jest także wciąż brak porządnej aplikacji na Androida. Co prawda jest rozwijany taki projekt, ale choć wygląda to bardzo obiecująco to na dzisiaj jeszcze ma dużo ograniczeń w stosunku do wersji na Windows. Do tego dochodzi dosyć kłopotliwa synchronizacja plików pomiędzy Windowsem a Androidem (tutaj również może przyjść nam w sukurs Dropbox, ale z dodatkiem, umożliwiającym synchronizację plików, ponieważ natywny Dropbox na androidzie synchronizuje tylko listę plików, a dane pliki tylko w razie potrzeby). Poza tym ToDoList podobno dobrze uruchamia się pod Wine na Linuksie. Nic mi nie wiadomo o wersjach na Maca lub iPhone. To wszystko znacznie ogranicza zakres potencjalnych użytkowników.
Brak internetowej platformy powoduje także utrudnioną współpracę na jednej liście pomiędzy osobami na komputerach poza siecią LAN (wewnątrz LAN działa to dobrze). Znowu – jest to problem do obejścia, jednak zbyt dużo tych obejść i nietypowych rozwiązań powoduje, że chwilami poświęcam programowi więcej czasu niż bym chciał.
Podsumowując ToDoList znalazła u mnie swoje zastosowanie dla którego nie ma na razie na horyzoncie żadnego konkurenta. Jednak nie jest to typowe rozwiązanie GTD i jest ograniczone tylko do miejsca mojej pracy plus sporadyczna możliwość włączenia programu pod Windowsem w domu lub na wakacjach (niestety czasami trzeba).

2 Nozbe

listytodo_Nozbe_screen
Nozbe jest aplikacją z polskim paszportem, co merytorycznie niczego nie wnosi, jednak miło że tak jest. Przy okazji polecam magazyn Productive! tworzony przez tą samą osobę –  Michała Śliwińskiego.
Przeniosłem się na Nozbe dwa miesiące temu, a dowiedziałem się o niej z bloga Michała Szafrańskiego . Aplikacja oferuje darmową wersję ograniczoną do pięciu projektów, czyli faktycznie tylko do włączenia i sprawdzenia jak to wygląda bo jakakolwiek efektywność przy pięciu projektach jest nieosiągalna. Na szczęście można też bezpłatnie spróbować pełnej wersji, z czego skorzystałem i oto moje wrażenia:
Prostota = Efektywność. Nie wiem jakim cudem, ale wszystko co przeszkadzało mi w innych programach tego typu, tutaj jest atutem. Weźmy na przykład brak możliwości ustawiania priorytetów (w Toodledo utyskiwałem na ich zbyt małą liczbę). W Nozbe jest tylko możliwość dodania gwiazdki, która powoduje automatyczne przeniesienie zadania do listy „next actions”, i okazało się, że to w zupełności wystarcza! W Toodledo przeszkadzało mi to, że zadania mogłem zagłębić tylko o jeden poziom, w Nozbe nie ma w ogóle zagnieżdżenia i to jest też OK. Moim zdaniem o niesamowitej funkcjonalności Nozbe decydują dwie rzeczy: Prostota oraz wierna implementacja GTD. W Nozbe coś jest albo projektem albo zadaniem i nie ma zadań bez projektów. Brak podzadań sprawia, że jestem zmuszony ustalać kolejność zadań w ramach projektu, nie obawiając się, że projekt przerodzi się w drzewo, którego potem nie opanuję. Świetnym rozwiązaniem jest widok kalendarza i dobrze działająca integracja z kalendarzem Google. Zadania z powtórzeniami w kalendarzu pojawiają się rzeczywiście codziennie, a nie jak w niektórych przypadkach gdzie brane pod uwagę jest tylko pierwsze wystąpienie.
Nozbe jest dostępny w wersjach na wszystkie popularne platformy, z automatyczną synchronizacją, co jest w przypadku komercyjnej aplikacji standardem. Korzystam z trzech wersji. W domu mam zainstalowaną wersję na Windows, w smarftonie Android, a jeśli muszę zalogować się w pracy to robię to przez www. Prostota programu sprawia, że od początku nie miałem żadnego problemu z przełączaniem się pomiędzy platformami, tym bardziej że wersja przeglądarkowa i Windows są niemal identyczne.
Od niedawna do korzystania z Nozbe nakłoniłem Mariolę. Mam dzięki temu nadzieję, że współpraca nad wspólnymi projektami będzie teraz wyglądać lepiej. Z wszystkich z którymi do tej pory się zetknąłem, jest to jedyna aplikacja do GTD, którą można bez problemu w 20 minut przedstawić komuś, kto o GTD jeszcze nie słyszał. Już następnego dnia po zainstalowaniu Marioli Nozbe, dostałem od niej zaproszenie do wspólnego projetku i delegowane mi zadań (oj, czy to był aby na pewno dobry pomysł 😉
Nozbe co prawda posiada ograniczone możliwości formatowania komentarzy w zadaniach. Za to ma inne bardzo proste i użyteczne rozwiązanie: Możliwość tworzenia wielu komentarzy z opatrzonymi datami ich utworzenia (coś co osiągam w ToDoList) oraz komentarze różnego typu (pliki, linki, zdjęcia) – do tego Nozbe dla płacących udostępnia 1GB przestrzeni na pliki. Trochę mi tutaj brakuje możliwości samodzielnego decydowania o kolejności komentarzy.
Przydałoby się też więcej opcji odnośnie przypomnień. Zazwyczaj aplikacje tego typu oferują takie opcje jak czas przypomnienia, dzwonek, drzemka. W Nozbe możemy tylko wszystko włączyć lub wyłączyć.
Chociaż we wszystkich przerabianych wcześniej przeze mnie programach była możliwość tworzenia i korzystania z kontekstów – dopiero w Nozbe zaczęło to u mnie działać. Znowu dzięki prostocie całego programu okazało się, że przycisk filtrowania jest bardzo pod ręką.
W Nozbe mam mniej do zrobienia niż w innych programach! Jak to możliwe? Dzięki temu, że w Nozbe korzystam z dwóch list. Jeśli coś mam zrobić dzisiaj znajduję to w kalendarzu pod dzisiejszą datą. Cała reszta zadań do zrobienia w najbliższej wolnej chwili jest w liście „next actions”. Zadania te nie mają daty, a jedynie gwiazdkę.
Do pełni szczęścia brakuje mi możliwości logowania czasu oraz robienia w komentarzach linków do innych zadań jak w ToDoList. Czasami lubię sprawdzić ile rzeczywiście czasu zajmuje mi dane zadanie. Oczywiście da się to zrobić zwykłym stoperem i dodatkowym komentarzem.
Podsumowując Nozbe pozostanie na jakiś czas moim głównym narzędziem GTD. Przynajmniej dopóki nie przyjdzie mi do głowy spróbować czegoś innego lub ToDoList na androida dorówna jego wersji na Windowsie. Tak czy inaczej jeśli są to twoje początki z listami todo to zdecydowanie polecam tą aplikacje. W ciągu kilkunastu minut od zainstalowania będziesz w stanie poruszać się po programie i korzystać z funkcjonalności prawdziwego GTD

3 DGT GTD

listytodo_tdg_gtd
Pomimo fatalnej nazwy, jest to kolejna świetna aplikacja. Natrafiłem na nią zupełnie przypadkiem ponieważ jest to jedyna sensowna opcja synchronizacji Toodledo z Androidem. Natywna aplikacja Toodledo jest beznadziejna, za to DGT GTD jest rewelacyjna. Jest to jak do tej pory najlepsze połączenie prostoty i funkcjonalności. Aplikacja ma niemal wszystko co tylko zwolennik systemu GTD może sobie zażyczyć: tagi, konteksty, nieograniczoną hierarchię zadań, cele, inbox, gorąca lista. Oprócz standardowych projektów aplikacja oferuje także bardzo przydatne listy.
Kiedy używałem Toodledo i synchronizowałem zadania do DGT GTD na Androidzie, często musiałem ograniczać się funkcjonalnością Toodledo w korzystaniu z wielu funkcji. Dlatego też nigdy nie poznałem wszystkich możliwości tej aplikacji.
Jej zasadniczą wadą jest to, że jest dostępna tylko na jedną platformę. Dla kogoś takiego jak ja, któremu najlepiej pracuje się przy tradycyjnej klawiaturze to niestety jest dyskwalifikujące. Synchronizacja z Toodledo rozwiązuje ten problem, ale wtedy jesteśmy zdani na ograniczenia Toodledo.
DGT GTD używam do dzisiaj jako… listy na zakupy i spisuje się w tej roli świetnie. Aczkolwiek nie jest moim zamiarem umniejszanie funkcjonalności tej aplikacji, ponieważ odwalono przy niej kawał dobrej roboty.
Program jest nadal w wersji alpha i coś długo trwają prace nad wersją beta, która, jak obiecują autorzy, ma być całkowicie nową aplikacją. Z pewnością będę śledził wydanie wersji beta, i zainstaluję ją sobie w celu przetestowania.

4 Toodledo
listytodo_Toodledo
Korzystałem z Toodledo około 1,5 roku i sprawowało się bardzo dobrze. Jest to aplikacja oparta na interfejsie www. Natywna wersja na androida jest bardzo uboga, ale jak już pisałem korzystanie z DGT GTD rozwiązuje problem.
Aplikacja ma dużo funkcji. Jej dużą zaletą jest możliwość konfiguracji wyglądu, wybór widocznych kolumn, ich kolejność, różne algorytmy sortowania, wyszukiwania itp.
Widok listy zadań aż się prosi o strukturę drzewa. To co w Nozbe jest zbyteczne, tutaj wydawało mi się nieodzowne, ale może to było tylko moje wrażenie ponieważ układ zadań wierszami i kolumnami nieco przypomina ten z ToDoList, ale z dużymi ograniczeniami w stosunku do niej.
Świetna funkcja Toodledo, której nie znalazłem nigdzie indziej (szczątkowo istnieje w DGT GTD) to możliwość ustawiania deadline’ów z opcjami: due by, due on, due after, due optionally on. Dzięki tej funkcjonalności możemy naprawdę dobrze zapanować nad terminami wykonania zadań. Szczególnie funkcja optionally on jest pomocna. Zadania tak oznaczone wyświetlają się w widoku do zrobienia na dzisiaj, ale jeśli nie uda się ich zrobić, automatycznie zmieniają datę na kolejny dzień.
Toodledo ma możliwość rozbijania zadań na podzadania i to jest maksymalny poziom hierarchizacji. Nie ma czegoś takiego jak projekt, ale można zastąpić je folderami.
Ostatecznie pożegnałem się z Toodledo kiedy jej autorzy poszli w kierunku, który mi nie odpowiadał. Zamiast poszerzać funkcjonalność i polepszać wygląd listy zadań, zaczęto dodawać zakładki, takie jak „notes”, „outlines”, „lists”. Pozycji na tych kolejnych listach nie da się łączyć z zadaniami. Outlines da się hierarchizować, ale co z tego skoro żeby na ich podstawie zacząć działać, należy i tak przepisywać poszczególne zadania do zakładki „tasks”.
Polecam tą aplikację jeśli ktoś bardziej poszukuje bardzo rozbudowanej listy todo, z możliwą, ale trochę kłopotliwą implementacją GTD.

Prezenty, prezenty…

Uważam że to wspaniałe uczucie możliwości jakie dają nam czasami pewne rzeczy, a o wiele częściej przeżycia, jest bardziej uskrzydlające niż same rzeczy lub przeżycia, które powodują to uczucie. To my interpretujemy zdarzenia, pytanie tylko czy potrafimy zapanować nad tym procesem i pokierować nim tak by poczuć się dzisiaj tak samo jak wtedy, ale już bez konieczności czekania całego roku na kolejne urodziny lub reszty życia na niesamowity przypadek.
 Skoro jednak to ja definiuje co wzbudza mój potencjał to czy mogę czuć się ten sam sposób codziennie?
 Stąd wypłynął mój pomysł prezentów dla samego siebie. Co jakiś czas daję sobie prezent i staram się ciągle być świadomym tego, że właśnie otrzymałem wspaniały zestaw możliwości.
27639141_s nervous Ostatnio moim prezentem było zwolnienie z denerwowania się. Podarowałem sobie odpuszczenie wszelkich nerwów i spięć nie ważne jak mocno wierzyłbym, że świat robi mi na złość. Na początku było trudno ten prezent przyjąć i denerwowałem się, że nie mogę się przestać denerwować. Jednak im lepiej sobie radziłem tym bardziej uświadamiałem sobie jaki wartościowy prezent sobie dałem. Czasami kłóciło się to z moim poczuciem obowiązku. Kiedy stało się coś złego w pracy, poczułem się zobowiązany okazać zdenerwowanie, ale przypomniałem sobie, że nie muszę. Kiedy moje dziecko napsociło, chciałem się unieść w świętym oburzeniu, ale w porę zamiast tego zaniosłem się śmiechem. Kiedy ktoś bliski nie dotrzymał danego mi słowa, zamiast wymierzyć słuszną sprawiedliwość chociażby gorzkim wyrzutem – dałem spokój. Zamiast udowadniać światu jak bardzo jest popsuty i jak wiele roboty przede mną by go naprawić, zwolniłem się z odpowiedzialności za cały świat i olałem go. Do dzisiaj cokolwiek robię i gdziekolwiek jestem, ciągle gdzieś z tyłu głowy mam uczucie, że zdarzyło się coś wspaniałego i niezwykłego – zwolniłem się ze smyczy obowiązku naprawiania świata i świat stał się lepszy bez mojej zgody.
Musimy zdać sobie sprawę, że stoimy przed wyborem: Albo będziemy cierpliwie czekać aż wydarzy się coś co dzięki przypadkowemu splotowi przeszłych wydarzeń zinterpretujemy jako pozytywne, albo sami świadomie przejmiemy kontrolę nad tym ile razy dziennie poczujemy się szczęśliwi.
Bandler kiedyś powiedział że 10 absolutnie wspaniałych i niesamowitych doświadczeń dziennie to stanowczo za mało. Ile razy twoim zdaniem byłoby w sam raz?
 Kiedyś uważałem, że inni ludzie muszą potwierdzić że mam szczęście, przyznając że byliby szczęśliwi w moim położeniu (zdarza się nigdy). Teraz wolę, kiedy patrząc na mnie stwierdzają ten fakt po moim wyglądzie/zachowaniu. Pytają wtedy: No i z czego się tak cieszysz? A ja odpowiadam niegrzecznie pytaniem: No i z czego się tak nie cieszysz?
Myślę że o wiele trudniej znaleźć argumenty za tym by nie czuć się szczęśliwym, jednak ludzie uwielbiają takie trudne i poważne łamigłówki. Wtedy można poczuć się bardzo dorosło, jak ktoś ważny i zatroskany o wielkie i skomplikowane problemy życia, wszechświata i całej reszty. Zajmują one dużo czasu i zasobów, a potem można poczuć się porządnie wymęczonym i położyć się do łóżka nie spać.

Czy to oznacza, że ja już się nie denerwuje? Tymczasem denerwuje się rzadziej, ale dopiero się uczę innego reagowania na problemy.

Superpozycja w Wyższej Szkole Biznesu

 

Razem z Mariolą braliśmy udział w warsztacie Adama Stolarzewicza na temat wykorzystania techniki superpozycji czyli kreatywnego znajdywania odpowiedzi na pytania i rozwiązań problemów. Technika ta jest szczególnie przydatna, gdy utknęliśmy w martwym punkcie i wydaje nam się, że próbowaliśmy wszystkiego, czyli potrzebujemy nietypowego kreatywnego podejścia. Nie będę tutaj opisywał na czym to polega, kilka słów o niej dodam na końcu. Chciałem jednak głównie odnieść się do wstępu jaki poprzedzał właściwe ćwiczenia. Spróbuję abstrahować od stylu i umiejętności krasomówczych prowadzącego, ponieważ od mówcy z takim doświadczeniem spodziewałem się świetnego prowadzenia warsztatu, a jednak jeszcze zostałem pozytywnie zaskoczony. Umiejętnie dobrane przykłady, zabiegi mające na celu podtrzymanie zainteresowania – to wszystko sprawia, że zaciera się granica pomiędzy tym co miało być interesującą ciekawostką a tym co było tematem właściwym  i właściwie wszystko staje się równie interesujące, przykuwając twą uwagę od początku do końca. Ta krótka prezentacja szczególnie mocno mnie zainteresowała, ponieważ przynajmniej dwie kwestie już wcześniej zwróciły moją uwagę. Poza tym przekonałem się, że w Polsce (w Dąbrowie Górniczej), za zupełne darmo (warsztat był bezpłatny w ramach Letniej Akademii Biznesu), można posłuchać kogoś kto mówi językiem, chociaż polskim, to wspólnym z takimi osobami jak Gary VaynerchukJames Altucher czy Seth Godin (jestem gotów bronić tej tezy w każdym przypadku). Ale do rzeczy. Adam mówił, cytuję: „świat jest gotowy do zmiany”, czyli do porzucenia starych utartych ścieżek zarówno robienia biznesu jak i konsumowania. Z jednej strony następuje konsolidacja międzynarodowych korporacji i unifikacja platform elektronicznych, a z drugiej  dzięki internetowi trwa oddolna rewolucja self-entrepreneurship. Dzięki bezprecedensowemu rozwoju komunikacji, jednostki mogą nie tylko swobodnie przekraczać granice, ale wręcz je ignorować. Świetny przykład przytoczony przez Adama to usługi bankowe. W krajach takich jak Nigeria usługi te zostały zdominowane przez dostawców usług telekomunikacyjnych, zresztą nie tylko usługi bankowe. Miałem osobiście kontakt z pewnym nigeryjskim przedsiębiorcą i byłem pod wrażeniem jego świadomości i obeznaniu w technologiach informatycznych. Podczas finalizowania naszej transakcji zapobiegł on próbie oszustwa, które miało na celu skłonienia go do przelania kwoty należnej naszej firmie na konto oszustów. Jednak dzięki jego przytomności i podwójnemu sprawdzaniu wszelkich informacji (widocznie nie był to pierwszy taki przypadek w jego karierze) wykrył w porę, że ktoś podszywa się pod moje maile i podaje fałszywy nr konta. Jak się potem okazało ktoś potrafił przekierować ruch z jego routera wi-fi, tak że przechodził przez serwery oszustów, dzięki czemu mieli pełną kontrolę nad mailami jakie do niego docierały i od niego wychodziły. Jak widać ta wolność i gwałtowny rozwój niesie ze sobą zagrożenia, ale także podwyższoną świadomość tych zagrożeń i umiejętność radzenia sobie z nimi (czego nie możemy powiedzieć o wielu użytkownikach w Polsce, którzy potrafią nabrać się na proste phisherskie sztuczki) . Wracając jednak do tematu, ostatnio Altucher robił świetny podcast z Kamalem Ravikantem, w których dyskutowali oni o tzw. Nowym Internecie oraz możliwości wystąpienia punktu zwrotnego dla krytpowaluty bitcoin. Zdaniem Kamala Ravikanta wystarczyłoby by jeden kraj zdecydował się na przejście na rozliczenia w bitcoinach, a uruchomiłoby to lawinę która zakończyłaby się tym, że waluta ta stałaby się równoprawną walutą międzynarodową. Dzisiaj wydaje się to odległą mrzonką jednak wiele takich niemożliwych innowacji (czy bitcoin możemy nazwać innowacją?) świetnie sobie poradziło z dotarciem pod strzechy zanim różni regulatorzy tego świata zdążyli kiwnąć palcem by temu zapobiec. Drugą sprawą, o której już tutaj pisałem,  to przyszłość druku 3d. Na naszych oczach dzieje się rewolucja, która zmieni reguły gry w wielu dziedzinach życia. Być może nawet przeniesie wirtualną rewolucję na miarę internetu do świata rzeczywistego. Szczególnie jeśli wyobrazimy sobie jak wybuchową mieszanką może być druk 3d oraz ruch open source, skoro dzisiaj projekty open source zabierają pokaźną część rynku korporacjom, wyznaczają nowe trendy i liczą się w innowacji, to wyobraźmy sobie połączenie powszechnie dostępnej opensourcowej drukarki oraz projektów będących czymś podobnym do google play, tyle że bez google i oferujących darmowe gotowe projekty 3d, które w krótkim czasie mogą zmaterializować się na twoim biurku. Te rzeczy już istnieją, potrzebują jedynie osiągnięcia masy krytycznej, czyli zainteresowanie się nimi wczesnych naśladowców, którzy zaczną stosować te technologię do normalnych codziennych celów. Stanie się to niebawem, ponieważ już dzisiaj drukarki 3d są dostępne w normalnych popularnych sklepach (chociaż jeszcze w niepopularnych cenach) także w Polsce.
Wracając do warsztatu Adama, z pewnością słabo znam polskie realia szkoleń i być może wiele z nich jest na równie wysokim poziomie, ale ja podczas pierwszej części warsztatu chwilami czułem się jakbym brał udział w polskiej edycji TED. Druga część warsztatu była poświęcona metodzie superpozycji. Napiszę o tym tylko dwie rzeczy. Adam pomimo ograniczonego budżetu czasowego zdołał wykazać skuteczność metody i przekonać do praktycznego jej wykorzystania. Obiecaliśmy sobie z Mariolą, że spróbujemy takiej sesji przynajmniej raz i obiecuję, że opiszę wyniki tutaj. Zamierzam także szerzej zapoznać się z samą metodą wykorzystując podane źródła.

The Flinch

 Kovercoming-fearsiążka Flinch jest o ukłuciu strachu, jaki towarzyszy nam bezpośrednio przed lub podczas pewnych zdarzeń. Zdarzeń na które nie byliśmy przygotowani lub które są dla nas nowe. Flinch jest naturalną ewolucyjną reakcją organizmu, dzięki której ludzie woleli trzymać się przetartych ścieżek i sprawdzonych rozwiązań, unikając niepotrzebnego ryzyka, a podejmując je tylko w przypadkach kiedy było to konieczne. Jednak w dzisiejszych czasach ryzyko już nie jest takie samo. Zagrożenie zgubieniem drogi i śmiercią to nie to samo co zagrożenie spowodowane zmianą pracy, rozpoczęciem nowej znajomości, podjęciem nowych wyzwań. Flinch w wielkim skrócie to coś przez co nie robisz rzeczy które chciałbyś zrobić. Za każdym razem gdy cofasz się przed zrobieniem kroku w kierunku nieznanej rzeczywistości, nawet jeśli rzeczywistość ta kusi cię i pociąga, nawet jeśli wiesz, że tak byłoby lepiej dla ciebie, nawet jeśli marzyłeś o tym przez całe życie, najczęściej dzieje się to za sprawą Flinch. Taka jest w skrócie charakterystyka tego zjawisko przedstawiona przez Juliena Smitha. Ja od siebie mógłbym dodać, że Flinch to reakcja na pewne kategorie bodźców, reakcja z naturalnie zaprogramowaną i behawioralnie wzmocnioną wiarą, że nie warto iść w nieznane dopóki nie jest to konieczne. Wiara ta jest coraz większą przeszkodą w coraz szybciej zmieniającym się świecie, gdzie nieznane staje się codziennością i koniecznością. Dlatego dobrze byłoby nauczyć się rozpoznawać ten proces i poszerzać przestrzeń pomiędzy bodźcem a reakcją wpychając tam się z naszymi świadomymi wyborami: czy powstrzymanie się teraz jest w moim interesie?

Flinch to naturalna reakcja, która występuje ponieważ tak zostaliśmy zaprogramowani. Skoro nie ma bodźców, które realnie zagrażają naszemu życiu to flinch jest uruchamiany przez inne bodźce. To właśnie dlatego proste i błahe problemy urastają do rangi przeszkód nie do przejścia. Przypomina mi się tutaj kawał o rabinie i kozie. Smith pisze w podobnych duchu, kiedy – jak pisze – zostaniesz rzucony w środek lasu w nocy, nie przejmujesz się niezapłaconymi rachunkami ani jutrzejszą rozmową z przełożonym. Wszystko to zaczyna wydawać się błahe i śmieszne w obliczu prawdziwych zagrożeń. Tak właśnie działa flinch i dzięki temu wiemy, że bodziec go uruchamiający nie jest obiektywny i nieruchomy. Bardziej wygląda to jak slot na flinch, który zwykliśmy mieć zapełniony i po prostu zapełniamy go tym co akurat mamy pod ręką. Pisałem o bardzo podobnym mechanizmie przy okazji omawiania marzeń i problemów. Flinch jest jednak nieco inny. W przeciwieństwie do marzeń i problemów, flinch nie jest czymś co zwykliśmy „mieć”. Jest to bardziej gwałtowny proces, szybkie wytrącenie z równowagi i automatyczna reakcja dążąca do jej przywrócenia.
Pisałem przed chwilą o robieniu tego co chcesz i wierzysz, że będzie dla ciebie dobre. Flinch właśnie przed tym cię hamuje. Zrobię małą dygresję. Kiedy z sukcesem rzuciłem palenie, ludzie, którym się to nie udało pytali mi się: jak to zrobiłeś? Zwykle odpowiadam: Nie chodzi o to co robię by nie palić, ale o to czego nie robię by palić. Nie kupuję papierosów, nie przyjmuję gdy mnie ktoś częstuje, nie biorę ich do ust. Reszta idzie jakoś sama. Wtedy palacze patrzą na mnie dziwnie i mówią: łatwo powiedzieć bo ci się udało. Jednak uważam, że taka jest właśnie prawda. Najprostszym sposobem by przestać coś robić jest nie robienie tego. Czy może być inaczej z tym co chcemy robić? Myślę że nie. Najprostszym sposobem na robienie czegoś co chcemy i wierzymy że będzie dla nas dobre jest zrobienie tego. Zamiast szukania sposobów „jak to zrobić”, które w większości są wymówkami by nie robić tego jeszcze dzisiaj. Zamiast zastanawiać się czy jestem już na to gotowy. Zamiast próbować.
Sama obawa przed flinch także bywa powodem wycofania. Strach powoduje, że nie otwieramy drzwi do nowych doświadczeń i rezygnujemy zanim w ogóle spróbujemy. Smith opisał bardzo fajne ćwiczenie, które oczywiście od razu wykonałem. By przekonać się co to jest flinch. Wyłącznie w celach poznawczych i treningowych idź do łazienki i puść lodowatą wodę pod prysznicem. Sprawdź ręką czy naprawdę jest bardzo zimna. Jak się domyślasz, będziesz tam za chwilę wchodził więc przyjrzyj się reakcji swojego organizmu, ponieważ o ile nie jesteś morsem ani zwolennikiem lodowatych pryszniców właśnie odczuwasz obawę i napięcie. Możesz się zaśmiać w celu rozładowania napięcia i wskakuj. Po pierwszych sekundach przykrego wrażenia ciało się przyzwyczaja i jakoś można to znieść. Smith zaleca powtarzanie tego ćwiczenia codziennie oraz ogólnie rzucenie wyzwania maksymalnej ilości twoich nawyków oraz przyglądanie się sobie. Muszę przyznać że lodowate prysznice stały się moim codziennym małym wyzwaniem, ale także codziennie przychodzi mi to coraz łatwiej. Lubię ten moment przed wejściem pod wodę, codziennie przychodzi mi do głowy, że może jednak dzisiaj sobie odpuszczę. Pomimo całej świadomości że robię to właśnie po to by pokonać tego typu obawy, bezczelnie pchają się do mojej głowy i próbują zmieniać powzięte plany.
Trening ten jest konieczny (niekoniecznie w tej formie) ponieważ tylko tak oswoisz się z uczuciem pokonywania flinch i w ten sposób będzie to o wiele łatwiejsze w sytuacjach gdzie naprawdę tego potrzebujesz (poza tym zimne prysznice są podobno zdrowe). Smith nie obiecuje, że flinch zniknie, jednak dobrze jest poznać towarzyszący mu strach, przekonać się, że jest bez znaczenia i można go zbagatelizować.
Podczas pracy nad opanowaniem flinch, możemy napotkać na bardzo silny opór naszego umysłu. Będzie się on przejawiał tym, że nagle zaczniemy czuć pragnienie skierowania naszych myśli gdzieś indziej. Nagle zaczną nam przychodzić do głowy inne bardzo ważne i pilne sprawy do przemyślenia zrobienia itp. Doświadczam tego za każdym razem kiedy pracuję nad swoimi wierzeniami. Zjawisko to opisał także Robert Dilts. Jest to niezawodny znak że dochodzimy do bardzo ważnych elementów spójności obrazu samych siebie, a więc trafiamy w samo sedno i oto przed nami szansa na prawdziwą zmianę fundamentów na których oparte są przesłanki naszego postępowania.Potrzebna jest wtedy koncentracja i podwojona czujność.
Kiedy już wiemy jak rozpoznać flinch i potrafimy go zidentyfikować w czasie rzeczywistym, z pomocą przychodzi nam kolejna technika, opisywana przez Juliena Smitha, a którą także już znam z lektur NLP. Polega ona na odwróceniu intuicyjnego następstwa zmiany. Ludzie często myślą, że najpierw trzeba przeprowadzić skomplikowane procesy pracy nad sobą, mieć wszystko przemyślane i dobrze wypracowane żeby nastąpiła konkretna zmiana w zachowaniu. Tymczasem okazuje się, że zmiana ta jest o wiele szybsza i skuteczniejsza jeżeli przeprowadzimy ją błyskawicznie i „na miejscu”. Działanie znienacka jest skutecznym podstępem podczas radzenia sobie z flinch. Kiedy zaczynasz kolejny raz zastanawiać się czy i jak zabrać głos w dyskusji, podejść do obcej osoby itd, po prostu jak najszybciej zrób to. Nie spotka cię za to żadna sankcja, a rozpoczniesz bardzo ważny i skuteczny trening opanowywania swojego flinch.
Zadaniem flinch jest utrzymanie status quo. To jest jego zasadnicza ewolucyjna rola. Jeśli status quo utrzymywał naszego przodka przy życiu zazwyczaj warto było się trzymać sprawdzonych rozwiązań, nawet za cenę utraty możliwości polepszenia warunków swego bytu po podjęciu pewnego ryzyka. Jednak w dzisiejszych czasach ryzyko związane z naruszeniem status quo jest bardzo niskie lub żadne, a często wręcz ujemne (ryzyko jego zachowania jest większe). Pamiętajmy, że mechanizm ten wykształcił się w kompletnie innych okolicznościach.
Inną techniką jaką proponuje Julien w szczególnie trudnych przypadkach jest po prostu świadome przeżycie flinch. W przypadkach kiedy flinch bierze górę i nie jesteś w stanie zmienić swojego zachowania na pożądane – po prostu obserwuj i staraj się zapamiętywać co się z tobą dzieje. Po fakcie natomiast pomyśl o tym ile cię to kosztowało i jak dużo straciłeś pozwalając by flinch przejął kontrolę. Asocjuj flinch z negatywnymi skutkami.
Skoro z flinchem nie warto walczyć to należy go wykorzystać. Za każdym razem gdy czuję nadchodzący flinch, powinienem uciec do przodu, czyli zrobić dokładnie to przed czym flinch mnie ostrzega. Żeby ułatwić sobie zadanie, można stosować tą samą technikę przy każdej, nawet najdrobniejszej nadarzającej się okazji. W ten sposób wykształcę w sobie nawyk szybkiego wychwycenia i zneutralizowania flinch, zanim jeszcze zacznie wchodzić mi w drogę.
Większość ludzi marzy i dąży do tego co można osiągnąć tylko i wyłącznie przezwyciężając flinch, ale bardzo niewielu z nich jest gotowa to zrobić. Może nawet tutaj tkwi przyczyna tak częstych porażek ludzi którzy z jakiegoś powodu nagle się wzbogacają i potem szybko te bogactwa tracą. Zdobycie pieniędzy bez przezwyciężenia flinch nie spowoduje zmiany wzorców zachowania. Ogólnie pieniądze są ubocznym efektem pokonania flinch, o wiele ważniejsze jest wyzwolenie się z kajdan nałożonych przez ewolucje. Zwycięstwo woli nad nawykiem i uwarunkowaniem.
Taki cytat:
„Jest wystarczająco dużo widzów, cheerleaderek, coachów i komentatorów. To czego brakuje to gracze.
Nie odkładaj tego i nie powracaj do swojego normalnego życia.
Walcz, nie wachaj się.
Już nigdy się nie lękaj.”
Julien zaczyna wstawiać takie typowo motywujące gadki. Jednak trzeba przyznać że robi to bardzo dobrze. Wiele poradników, książek tego typu, proponuje całe systemy, kompleksy nowych zachowań, które by wdrożyć w swoje życie wymagałyby jego totalnej zmiany. Mało kto jest gotowy na podjęcie takiego kompleksowego wyzwania. Tutaj Smith proponuje zajęcie się tylko jednym aspektem twojego zachowania i twierdzi, że dzięki temu zmieni się moje życie. Musze powiedzieć, że jak do tej pory jego prace domowe wpłynęły na mnie bardzo pozytywnie. Podoba mi się to że są stosunkowo łatwe i wykonywalne w krótkim okresie czasu.
Rozwój to seria skoków. Przed każdym z nich czujesz obawę i przed każdym z nich musisz się skoncentrować. Sam moment skoku jest odpuszczeniem kontroli i wejściem w całkowicie nowe sytuacje, wyżłobienie nowych kolein po których od tej pory będą biegły twoje myśli. Silą rzeczy nie jesteś w stanie kontrolować biegu zdarzeń. Dopiero po jakimś czasie odnajdujesz się w sytuacji i jesteś gotów by wykonać kolejny skok. Jeśli nie czujesz tej presji – oznacza to że jesteś na złej drodze. By oswoić się z tym uczuciem próbuj przełamywać się wszędzie gdzie to tylko możliwe próbując nowych rzeczy. Prowokuj nietypowe sytuacje. Wyeliminuj wszelkie wymówki ze swojego słownika. Przestań mielić w kółko te same schematy. Odmawiaj sobie tego do czego przywykłeś, poświęć swoje nawyki na ołtarzu swojej własnej wielkości.
Smith pisze że zmiana życia pociąga za sobą zmianę środowiska. Jeśli masz wokół siebie ludzi którzy ciągną Cię do przodu to jesteś szczęściarzem. Znacznie częściej ludzie otaczają się kimś na podobnym poziomie tolerancji na wyzwania, więc może pojawić się taki problem jeśli nagle zmienisz swoje życie. Nie chcę przez to napisać że zostawisz kogoś „w tyle”. Może jednak się okazać, że będziesz miał inne potrzeby, których ludzie naokoło ciebie nie będą rozumieć. To jest właśnie naturalna droga formowania się liderów. Początkowo wydaje się, że nikt nie myśli podobnie do ciebie, ale jest tak tylko dlatego, że nikt o tym nie mówi. Lider to ktoś kto ma odwagę i siłę nazywać rzeczy po imieniu jako pierwszy. Reszta ludzi dopiero po nim zdobywa się na odwagę i dołącza. Wszystko to brzmi trochę pompatycznie, osobiście nie czuję się odpowiednim materiałem na żadnego lidera. Być może po prostu wystarczy zapoczątkowanie jakiejś formy przesunięcia się w krąg ludzi o podobnych zainteresowaniach. Pisze o tym także Altucher, by dbać i aktywnie kreować scenę, czyli krąg ludzi który nas na codzień otacza.
Na tym kończy się właściwa książka the flinch. W pliku jest jeszcze jednak dosyć pokaźny zbiór fragmentów i innych książek. Nie będę tutaj się nimi zajmował. Jeśli któraś z tych książek znajdzie swoje miejsce w mojej kolejce do przeczytania, to będzie opisana osobno.

Uważam, że książka jest warta przeczytania. Nie tylko dlatego, że jest dostępna za darmo. Flinch może być przełomową książką, szczególnie dla ludzi którzy są underachieverami, czyli zazwyczaj wybierają zadania w których czują się bezpiecznie i pewnie, zaprzepaszczając w ten sposób szansę na szybszy rozwój. Myślę że dotyczy to także mnie, dlatego książka tak mocno do mnie trafiła. Według Stevena Kotlera, badacza zjawiska zwanego flow, o którym kiedyś z pewnością napiszę, największą produktywność ludzie osiągają wykonując zadania o trudności powyżej ok 4% swoich umiejętności. Tymczasem ludzie dzielą się na tych, którzy wolą wykonywać zadania o wiele łatwiejsze niż ich umiejętności oraz takich którzy mają nierealistyczne wyobrażenia o swoich możliwościach i porywają się na znacznie trudniejsze zadania. Pierwsza grupa ma problemy z motywacją (zadania są nudne) oraz nie rozwija się (ciągłe powtarzanie tego samego). Druga grupa szybko traci zapał. Flinch jest książką przede wszystkim dla ludzi z pierwszej grupy, którzy potrzebują oswojenia i opanowania strachu przed nowymi wyzwaniami.